Translate

wtorek, 29 kwietnia 2014

TO (9) - Rytuał









-  O, popatrz – zaśmiał się – jak ta dziewczynka śmiesznie skacze przez kałuże.
 - To moja koleżanka Jagódka – bursztynowe oczy pojaśniały - ciekawe, dokąd tak biegnie?
-  Jagódka? – zdziwił się Paź – czy ona ma rude włosy i strasznie szybko mówi?
-  Tak – potwierdziła.
-  Ja ją znam – ucieszył się – jeszcze z przedszkola. Byliśmy w jednej grupie!

Ostatnie dni marca. Dwie małe postacie w grubych  kurtkach, kolorowych czapkach, szalikach i kaloszach, trzymając się za ręce, brnęły przez kałuże, uliczką osiedla, gdzie mieszkała Bursztynka. Wiosna tego roku ociągała się z przyjściem. Między drzewami leżały połacie zmarzniętego, brudnawego śniegu. Za kilka dni Wielkanoc, a w powietrzu nie czuć było wiosny. Nie unosił się ten charakterystyczny zapach oddychającej ziemi i trawy, zmieszany z ciepłem słońca.
-  Jagódko – zawołał Złotek – dzień dobry!
Bursztynka zmarszczyła brwi i ścisnęła mu mocniej rękę. Spojrzał na nią pytająco, ale Jagódka już do nich podbiegła. Spod czapki wymykały się rude loki.
-  Cześć, cześć – zaczęła wyrzucać słowa z szybkością uzi – spieszę się, lecę do sklepiku po masło, zabrakło do ciasta, a mama obiecała mi, że będę z nią piekła, a nawet sama, tylko ona będzie patrzyła mi na ręce, babkę na święta, taką polaną lukrem, wiecie? Lecę! A gdzie idziecie?
-  A idziemy nad rzeczkę – odpowiedzieli chórem – chcemy zobaczyć, czy już są borówki i bazie do przybrania koszyczka ze święconką.
-  Szkoda, że nie mogę z wami pójść – uśmiechnęła się, wcale nie zmartwiona – a wy zawsze mówicie razem?
I nie czekając na odpowiedź, pobiegła dalej, rozbryzgując kałuże.
-  Przyjdź do mnie – zawołała za nią Bursztynka – gdy upieczesz.
-  Ona już nie słyszy – powiedział Złotek – nie wołaj, daj rękę, bo się potkniesz i przewrócisz w kałużę.
Posłusznie wzięła go za rękę i drepcząc ze spuszczoną głową, milczała.
-  Co się stało – spytał zaniepokojony – dlaczego ścisnęłaś mnie za rękę, gdy wołałem do Jagódki?
-  A bo widzisz – szepnęła cichutko – chciałam ci coś pokazać  ale tylko tobie, jak już będziemy na naszej łące i to jest bardzo ważne i nikt nie może o tym wiedzieć. Przyrzekasz?
-  Przyrzekam –  podniósł dwa palce w górę – nikomu nie powiem.
-  To dobrze – popatrzyła złociście – wiesz, że bardzo cię lubię?
-  Wiem – zniebieściało indygo – ja ciebie też lubię bardzo-bardzo.

Na łące trawa nieśmiało wychylała się spod śniegu Uginała pod małymi kaloszami. Oddychało się jakoś inaczej. Szerzej. Głębiej. Nad brzegiem rzeczki rosły szerokim pasmem łozy obsypane nieśmiałą zielenią listków z pęczniejącymi szarymi kuleczkami. Chłopczyk je zrywał i podawał dziewczynce. Rozsypywały się, wypadały z jej małych rąk. On się uśmiechał i pocieszał, że zaraz pomoże. Troszkę się umorusali przy tym zajęciu.
-  Nie martw się –  zmywał chusteczką brudne plamy z kurtki przyjaciółki – nie będzie nic widać, twoja mama nie zauważy nawet.
Westchnęła i nic nie powiedziała, tylko uśmiechnęła się smutno.
-  Nie zapomniałaś o czymś ?– zapytał – chciałaś mi coś pokazać?
-  Nie, nie zapomniałam – popatrzyła nieśmiało – ale nie będziesz się śmiał ze mnie?
-  Nigdy – znowu podniósł dwa palce – przyrzekam, z ciebie nigdy.
Bursztynka rozejrzała się wokoło. Byli sami, tylko w oddali kilka osób zrywało bazie.
-  Rób to samo, co ja – powiedziała.
Zamknęła oczy, podniosła ramiona w górę, ku niebu a potem uklęknęła, pochyliła się nisko, niziutko, aż twarzą dotknęła ziemi. Czapka zsunęła się z głowy. Czarne włosy rozsypały się wokół drobnej figurki. Ręce obejmowały ziemię. Patrzył, jak zaczarowany, by za chwilę dokładnie powtórzyć wszystkie gesty swojej małej przyjaciółki.
-  A teraz – usłyszał szept – pocałuj ziemię.
Pocałował. 

TO otuliło ich ciepłą, granatową ciszą, rozbłysło słońcem i znikło.

Milczeli przez całą powrotną drogę do domu. Mamy, zadowolone z pięknych gałązek bazi, nie zwracały uwagi na pobrudzone kurtki.
-  Umyjcie ręce – zawołała za nimi Malwina – zaraz będzie obiad.

Stali naprzeciwko siebie, trzymając się za ręce. Jak zwykle.
-  Bursztynko... -  zaczął mówić.
-  Nie wiem, dlaczego tak robię i nie pamiętam, od kiedy – przerwała mu i powiedziała cichutko - ale na wiosnę, gdy nie chce zrobić się ciepło i słoneczko nie świeci i nie widać trawy spod śniegu, idę do ogrodu i całuję ziemię.
-  Prosisz, żeby już naciepliła się na wiosnę? – zapytał, patrząc poważnie.
-  Tak, żeby przestała się gniewać – uśmiechnęła się  – i wyszła spod białej pierzynki. A ona po kilku dniach przestaje się dąsać. Naprawdę.
Pogłaskał czarne włosy i pocałował w policzek.

-  Mamuniu – zapytał przed zaśnięciem – powiedz, jak nazywa się coś takiego, co robimy, powtarzamy to i jest wyjątkowe?
Malwina zamyśliła się na chwilę, popatrzyła uważnie i powiedziała – rytuał, kochanie, to nazywa się rytuał.

Kilka dni później dnia obudził go blask zalewający pokój. Za oknami ptaki prześcigały się w świergotaniu. Podbiegł do okna i uchylił je. Zapach ziemi, trawy i słońca bił w nozdrza.
Zadzwonił telefon.
-  Powiemy razem? – spytała.
-  Tak - odpowiedział – razem, teraz!
-  Dziękuję ziemio! – krzyknęli jednocześnie – dziękuję wiosno! 

TO miało zapach konwalii.



Copyright Ewa Malarska
(photo - alfadragons.my3gb.com)



TO (8) - Wolna sobota








Telefon był nowy, czerwony i wisiał na ścianie w kuchni. Miał obrotową tarczę. Ten pierwszy nadal miał długi przewód i stał na swoim miejscu w dużym pokoju. Teraz zmienił wygląd na płaskie pudełeczko Jasno-zielone. Malwinę urzekł nazwą. Tulipan.  No i tym, że wystarczyło zawołać do męża lub synka – do ciebie, odbierz. Po czym odłożyć słuchawkę. Kilka dni temu Karol sprawił synowi niespodziankę i monterzy zainstalowali u Pazia trzeci aparat. Granatowy.
- Karolu – powiedziała Malwina, wchodząc do pokoju – rozmawiałam z Zosią.
-  Taaak – odłożył gazetę – i co takiego nowego się wydarzyło?
-  No widzisz – usiadła mu na kolanach – mamy taki plan.
-  Już mam się bać? – tata roześmiał się, jednak w głosie miał leciutki niepokój.
-  Nie zaczynaj – pocałowała go w czoło – ciągle sobie z nas żartujesz.
-  Uchowaj Boże – błysk dobrotliwej ironii w oczach – gdzieżbym śmiał, ale mów już, mów.
- Wiesz, że mamy teraz – mama wstała – jedną wolną sobotę w miesiącu i tak się nam zgadało, że dobrze by było pojechać na jakieś większe zakupy.  Z Zosią nam się zgadało.
-  Świetnie – sięgnął po gazetę – jedźcie dziewczyny.
-  Misiaczku – ponownie usiadła mu na kolanach – chodzi o to, że jesteście nam potrzebni.  Ty i Piotr.  Nie patrz tak, chodzi o samochód. Przynajmniej teraz, w zimie.
- A, tu cię mam – śmiał się już na cały głos – stąd te czułości. Ech ty! Dobrze, dobrze umawiajcie się. Rozumiem, że będziemy z Piotrem nie tylko kierowcami, bagażowymi również.


Złotek cichutko odłożył słuchawkę. Tata miał świetny pomysł z tym aparatem u mnie – pomyślał. Trochę wstydził się, że podsłuchiwał rozmowę mamy z ciocią Zosią. Ale miał nadzieję, ze dowie się czegoś o Bursztynce. Może rodzice planują jakieś spotkanie? Fajnie by było.  Znowu pobawią się razem.  A on miał plan. Wszedł do jadalni, gdy rodzice rozmawiali o nich. Tata pytał, czy dzieciaki też będą brały udział w tych wolno-sobotnich eskapadach, bo może być trochę ciasno w jednym samochodzie.
-  Oj, żaden kłopot – powiedziała mama – pojedziemy dwoma.
-  Mamo – podszedł do fotela, na którym siedzieli rodzice – jesteśmy już duzi, zostaniemy w domu i będziemy się bawić, dobrze?
Karol i Malwina przez chwilę popatrzyli na siebie niepewnie i po chwili wyrazili zgodę. Pobiegł jak strzała do siebie i wykręcił znany na pamięć numer telefonu.  Radość w głosie Bursztynki mówiła wszystko.

-  Wiktorio – zapytała Zosia – coś ty napakowała do tej torby?!
-  Mamusiu – bursztynowe oczy stały się jeszcze większe – trochę zabawek i ksiązki, te nasze ulubione.
-  Dobrze już, dobrze – powiedziała, zakładając płaszcz – Piotr, pospiesz się.


Zostali sami. Podszedł bliziutko i pogłaskał czarne włosy. Bursztynka szepnęła mu coś cichutko do ucha. Zaniebieściły granatowe oczy chłopczyka.
Z wielkiej torby wysypał się na tapczanik kolorowy stos dziewczęcych ubranek. Spódniczki. Sukienki. Bluzki. Rajstopy.
-  Bursztynko, co tu jest?– zapytał Złotowłosy, zaglądając do małej, plastikowej torebki.
-  Nie wiedziałam – spłoszyła się – czy będziesz chciał, ot, tak wzięłam, zobacz.
-  Będę chciał – uśmiechnął się – na pewno.  Mięciutkie. Teraz?
Nie czekając na odpowiedź jednocześnie zaczęli zdejmować ubranka. Za chwilę stały naprzeciwko siebie dwie dziewczynki. Blondynka i czarnowłosa. Pierwsza ubrana w białe rajstopki, spódniczkę w szkocką kolorową kratę i niebieską bluzkę. Druga - w krótką dżinsową spódniczkę, bawełniany T-shirt w kwiatki i dżinsową kamizelkę. Stroju dopełniały czerwone rajstopki.
-  Pokaż – poprosiła Bursztynka i zapytała – masz to pod rajstopkami?
Jasnowłosa uniosła spódniczkę. Przez cienkie rajstopy prześwitywały majtki w kwiatki.
-  Bursztynko – szepnęła cichutko – teraz mam na imię Dobrusia.
-  Ślicznie! – nie pytając o nic, zaklaskała w dłonie ciemnowłosa.
Skompletowali inne stroje.
-  Ale fajnie – ucieszyła się Dobrusia – zanim wrócą rodzice, zdążymy przebrać się kilka razy!


Wspaniale się czuł w miękkich ubrankach. Jakby wróciły tamte dni, gdy mama ubierała go w taki właśnie sposób.

-  Pokaż się – ciemnowłosa obeszła ją dookoła – super wyglądasz i bardzo cię lubię, wiesz?
-  Ja ciebie też – uśmiechnęła się – pobawimy się lalkami?
Lalki rozmawiały ich głosami. W malutkich filiżankach piły kawę i jadły ciastka. Dziewczynki zmieniały im ubranka. Jedna szła na spacer, gdy druga gotowała obiad. Usypiały je kolejno. I budziły. 

TO pojawiło się nagle przy ostatnim przebieraniu w letnie falbaniaste sukieneczki. Przez chwilkę zaniebieściało, zafalowało przejrzyście, rozbłysło złotymi promykami.

-  Znowu przyszło?– zapytała.
-  To ty wiesz? – zdziwił się.
-  Tak, wiem – pokiwała głowką – to znaczy, tak mi się wydaje, że wiem. Bo ja słyszę twoje myśli.
-  Wiem – powiedział i jak zwykle dorzucił pytająco – wierzysz mi, prawda?
-  Zawsze ci wierzyłam – pocałowała go w policzek.
- Jesteś głodna? – zapytał – mama zostawiła nam zupę w termosie.
Po obiedzie Bursztynka pozmywała. Dobrusia wytarła talerze. Poukładały lalki. Przykryły się miękkim pledem i usnęły.

Rodzice wrócili późnym popołudniem. Dzieciaki siedziały na tapczanie w pokoju Złotka. On w rajtuzkach i długiej bluzie, czytał na głos. Ona w dżinsowych spodniach i luźnej bluzie z kapturem, opierała głowę o jego ramię.   
-   Paziku – szepnęła – może...
-  Tak – odłożył książkę – w każdą taką sobotę, to będzie nasza tajemnica.


Nie wiedział, dlaczego rzuca ukradkowe spojrzenia na dziewczynkę. Dotyka włosów. Głaszcze po odsłoniętych plecach. Pomaga wciągać rajstopki. A najbardziej podobała mu się, gdy stała nago.


Wiki.
Jego Bursztynka.
Siostrzyczka i nie siostrzyczka.
Najważniejsze, że była.



W przedpokoju przycupnęła torba. Starannie zamknięty zamek strzegł sekretu małych przyjaciół.



Copyright Ewa Malarska
(photo - alfadragons.my3gb.com)



poniedziałek, 28 kwietnia 2014

TO (7) Bursztynka i Złotowłosy







Stali naprzeciwko siebie. Złotowłosy w rajtuzach i niebieskiej koszuli. Bursztynka w króciutkiej sukience.
- Teraz jestem chłopcem - szepnął cichutko - wierzysz mi?
-  Tak - odszepnęła - zawsze ci wierzyłam.

 TO było obok. Przyjazne. Ciepłe. 


- Ale duży domek - przyglądał się, przechylając głowę - ma okna i drzwi.
-  Podoba ci się - raczej stwierdziła niż zapytała - tata mi kupił tam,  no wiesz.
Machnęła reką, wskazując nieokreślony kierunek.
-  Wiesz co? - zawiesił głos.
- Tak, wiem - pierwszy raz uśmiechnęła się - pobawimy się w dom.

Bawili się całe popołudnie. Ona była żoną. On mężem. Gdy Bursztynka gotowała obiad, on stał tuż za nią, dotykając długich, czarnych włosów. Kiedy on przynosił kwiatki, ona wtulała nosek w wyimaginowany bukiecik, mówiła dziękuję i patrzyła, uśmiechając się oczami. Pomyślał, że fajnie byłoby przebrać się i że chciałby zobaczyć Bursztynkę w spodniach. Poczytać sobie Brzechwę.
- Zaczekaj chwilkę - powiedziała - zaraz wrócę.
Wróciła po kilku minutach. Sukienkę zamieniła na zielone spodenki i żółtą bluzkę. Sięgnęła do plastikowej torebki i podając mu granatowy kawałek materiału powiedziała - załóż, to spódnica, pasuje do twojej niebieskiej koszuli i do oczu, a tu mam bajki pana Brzechwy, poczytamy?
-  Dobrze - powiedział - ale ty będziesz mężem a ja żoną.
-  Jasne - zaśmiała się radośnie - przecież teraz ja mam spodnie, a ty spódniczkę.
Chciał jej powiedzieć, że o to chodzi w tej zamianie, o tę spódnicę, że lubi dziewczyńskie ciuszki, ale nie zdążył. Zabawę przerwało głośne nawoływanie cioci Zosi i mamy. Podwieczorek.  



Do domu wracali późnym wieczorem. Autobus był prawie pusty. Mama milczała. Oparł głowę o szybę. Czuł się tak lekko, jak kilka lat temu podczas zabaw z Bursztynową w piaskownicy. Robienie babek, zamków, przesiewanie piasku przez palce. Te wszystkie wiaderka, grabki, łopatki podawane zgodnie z ręki do ręki. Nawet pić nam się chciało jednocześnie. I siusiać? Wtedy też było mi tak lekko. Mamy rozmawiały na leżakach. Zdarzyło się też coś ważnego. Co to było? Ktoś przyszedł.  Zaraz, zaraz.  Jakaś pani. Co ona takiego powiedziała?



Bursztynka, już po kąpieli, w piżamie wsunęła się pod kołderkę i czuła tak lekko, jak zawsze podczas zabawy z nim. Nie! Z nią - on wtedy był dziewczynką, w takiej jak ona sukience. Tak, w piaskownicy w ich ogrodzie kilka lat temu. Nawet pić nam się chciało jednocześnie. I siusiać? Jak to dobrze, że był  tu dzisiaj. Zaraz, zaraz. Przyszła wtedy sąsiadka.  Co ona takiego powiedziała? Aha, już pamiętam - że ja i ona wyglądamy jak siostry. Coś jeszcze - o bliźniaczkach i o jajkach, coś jeszcze i o spojrzeniach?  Już wiem!  Mamy takie same ruchy, spojrzenia, gesty, chociaż jesteśmy zupełnie nie podobne, jak noc i dzień. Ciekawe, czy Złocisty to pamięta?
Zdziwiona, usłyszała szept. Nie, to nie był szept, ktoś w jej głowie powiedział - pamięta… 

Spojrzał w okno. Z szyby w granatowej mgiełce TEGO uśmiechnęły się bursztynowe oczy. I przypomniał sobie. Przyszła wtedy sąsiadka i powiedziała, ze wyglądamy jak siostry. Coś jeszcze. Jak bliźniaczki. Mamy takie same ruchy, spojrzenia, gesty, chociaż jesteśmy całkiem inne. Jak noc i dzień. Ciekawe, czy Bursztynka to pamięta?



Copyright Ewa Malarska
(photo - kora-and-nati.blogspot.com)



TO (6) - trzy lata wcześniej








Lato tego roku był wyjątkowo upalne. W małym baseniku, w ogrodzie dwie dziecięce figurki ochlapywały się wodą, popiskując radośnie. Chusteczki zawiązane na główkach, strzelały w górę różkami, stanowiąc ich jedyny strój. Jedna z nich miała ciemne włosy związane na czubku głowy, jasne kosmyki drugiej wymykały się spod chusteczki, okalając buzię płowo-złotym paziem. Powietrze iskrzyło bursztynem i indygo czworga roześmianych oczu.
W pobliżu dwie młode kobiety opalały się na leżakach, nie spuszczając oczu z dokazujących malców.
- Ojej, Złotku – ciemnowłosa przestała chlapać wodą – muszę siusiu, nie zdążę do domu, ojejku!
-  Bursztynko – schwycił ją za rączkę – chodź szybciutko, pójdziemy tu, za ten krzaczek.
-  Mamuniu – zawołali chórem – my tu na chwilkę, zaraz wracamy!
-  Śmieszni są z tym jednoczesnym mówieniem – mamy odprowadzały nagusków wzrokiem
-  Szkoda, że wyjeżdżacie - westchnęła Malwina - trzy lata, to bardzo dużo dla maluchów.
-  Nie przesadzaj - Zosia poklepała ją po ręce - ani się spostrzeżesz, gdy będziemy z powrotem.

Złotowłosy patrzył zdziwionym wzrokiem na dziewczynkę kucającą za krzaczkiem
-  Co ty robisz? – zapytał – przecież siusia się na stojąco.
-  Taaak? – patrzyła przerażonym wzrokiem na małą kałużę wokół stóp – na dworze tak się siusia?
- Oj, mała – uśmiechnął się – coś źle robisz, popatrz, tu trzeba wziąć ręką. Ojejku! Bursztynko, ty nie masz kraniku!   
-  A ty masz? – zaciekawiła się – pokaż. Fajnie! A ja mogę siusiać tylko w domu.
-  Musisz się nauczyć – stanowczo stwierdził Złotek – poproś mamę, może doszyje ci  kranik do siusiania. 

TO objęło ich jasnym falującym błękitem.

Mama skończyła czytać bajkę ucałowała śpiącego pazia i na palcach chciała już wyjść, gdy od drzwi zawrócił ją senny głos synka.
-  Mamuniu – patrzył prosząco – zostaniesz jeszcze chwilkę?
-  Tak, skarbie – pogłaskała po włosach, siadając na łóżku – chcesz, żebym czytała dalej?
-  Nie, nie – potrząsnął głową – powiedz mi, dlaczego Bursztynka nie ma kranika do siusiania, jak ja?
Ładnie, uśmiechnęła się w duchu, zaczyna się. Ale żeby tak wcześnie? Muszę stawić temu czoła, nie mam wyboru.
Położyła się obok, przytuliła go do siebie i odgarniając włosy z małej buzi, długo szeptała do ucha.  Słuchał uważnie, nie przerywając.
-  Chcesz jeszcze o coś zapytać? – przerwała szeptanie.
-  Nie, mamuniu – powiedział, odwaracając się do ściany – już wszystko wiem, dobranoc.



Kilka dni później, w następną upalną niedzielę maluchy zostały pod opieką cioci Basi.  Rodzice pojechali załatwiać sprawy związane z wyjazdem.
-  Bursztynko, przestań chlapać wodą – powiedział Złotek – muszę ci coś powiedzieć, ale na ucho, dobrze?
-  Dlaczego na ucho – zdziwiła się – to tajemnica?
-  Nie – przechylił głowę – ale mama mówiła mi do ucha, to ja tobie też tak chcę.
W miarę szeptania, bursztynowe oczy stawały się większe, w końcu uśmiech rozjaśnił opaloną buzię..
-  Ale ładnie – objęła go za szyję – tylko trochę szkoda, że nie będę miała kranika, ale co tam, kucnę sobie, prawda?
-  Tak  – odpowiedział poważnym głosem. 

TO ponownie zalśniło nad ciemną i jasną głową jasnym, falującym błękitem. Opłynęło basen, ogród, ciocię Basię czuwającą na leżaku i roztopiło w bezchmurnym niebie.



Copyright Ewa Malarska

(photo - szpetywmetrze.blogspot.com)


TO (5) - Bursztynka






Chłodne marcowe słońce. Zwały brudnego, topniejącego śniegu. Wilgoć. Od czubka głowy do najmniejszego palca stóp narastał w nim sprzeciw. Nie pójdę. Nie chcę. Mam dosyć! I czego mogę się tam jeszcze nauczyć?! Czytać umiem już dawno. Nuda. I jeszcze ci chłopcy!
- Uważaj, kałuża - głos mamy wpadł w te rozmyślania  -  i pospiesz się, już późno.
Posłusznie przyspieszył, a wszystko w nim krzyczało - chcę wrócić do domu! Tam jesteś ty i tata. Kogel-mogel. Jest fajnie. Przychodzą koleżanki i nikt mnie nie wyśmiewa.

Poniedziałkowy dzień w pierwszej klasie był gorszy niż inne. Pod wpływem wilgoci włosy skręciły się w pierścionki. Szepty i porozumiewawcze trącanie się łokciami. Złośliwe uśmiechy.

Na przerwie chłopcy otoczyli go kołem.
-  Baba, baba! - wykrzykiwali - jakie loki, hihihi. A kto ci rzęsy doczepił?
Uciekł. Skulił się w szatni pod kurtkami i szalikami. 

To owinęło go miękkością. Zanim zniknęło, zobaczył, jak z granatowej mgły spojrzała para smutnych oczu. Miały niezwykły kolor bursztynu z zatopionymi plamkami wodorostów.

W szatni odnalazła go woźna i zaprowadziła do klasy. Dotrwał do końca lekcji. A potem przyszła mama.


*



Kwietniowa, deszczowa niedziela. Tata wyjechał na jakieś sympozjum. Mama rozmawiała przez telefon. Oczy błyszczały radością. Palcami wolnej ręki bezwiednie skręcała przewód telefonu.
-  Słoneczko moje - powiedziała, odkładając słuchawkę - pamiętasz ciocię Zosię? Właśnie dzwoniła przed chwilą i zaprasza nas na podwieczorek. Ubieraj się, bo pojedziemy, prawda?

Pewnie, że pamiętał. Zosia to nie żadna ciocia, tylko koleżanka mamy. Kilka lat starsza. I nie taka ładna. Niedawno wrócili z zagranicy. Mieszkała na drugim końcu miasta w dużym domu z ogrodem. Pamiętał piaskownicę i mały basen. Ktoś z nim się bawił. Dziewczynka? Chyba miała ciemne włosy.
Utkwiły mu też w pamięci fragmenty rozmowy, z której nic nie zrozumiał. 

*

Pomiędzy drzewami, na trawniku dwaj duzi chłopcy grali w piłkę. Mama i ciocia siedziały w cieniu na leżakach tuż przy piaskownicy, z wysokich szklaneczek sączyły kolorowy sok. Rozmawiały przyciszonymi głosami.
-  Nie potrafię, no nie potrafię - ciocia pochyliła głowę - pokochać ją tak, jak chłopców.
-  Pamiętam - mama - byłaś pewna, że urodzi się następny syn i chciałaś to zrobić. 
-  I zrobiłabym - głos cioci stwardniał - gdyby nie Piotr, nie pozwolił, był pewien, że będzie dziewczynka. A ja całe dziewięć miesięcy mówiłam do niej, jak do chłopaka. Nie chciałam go, rozumiesz? Dwaj starsi odchowani a tu ciąża. I wiesz co, jest jeszcze coś, chyba jestem zazdrosna o miłość Piotra do niej, mnie nigdy tak nie kochał. 

*

Mama i ciocia Zosia zaczęły mówić jednocześnie, obejmować się i całować. Trwało to i trwało. Stał z boku i poprawiał opadające brązowe rajtuzki.
-  Ależ on wyrósł - zachwyciła się Zosia - a śliczny nadal, jak dziewczynka.
-  A gdzie twoja mała? - zapytała mama.
-  Na górze, w swoim pokoju - wzruszenie ramion - taka dzikuska z niej. Chodź – wyciągnęła rękę - zaprowadzę cię.



Przy oknie stała szczuplutka, drobna dziewczynka w króciutkiej sukieneczce. Na wąskie ramionka spływały gęste, długie, czarne - jak u Indianki - włosy.
Odwróciła się powoli. Z trójkątnej buzi spojrzały duże, smutne oczy, jak dwa kawałki bursztynu z zielonymi cętkami. Rzęsy kładły cienie na śniadych policzkach.  

To zafalowało.

-  Ja ciebie znam - powiedziała ze zdziwieniem - bawiliśmy się razem.  







Copyright Ewa Malarska 

(photo 1 - alfadragons.my3gb.com)
(photo 2 - asiekmisiek.blog.onet.pl)




TO (4) - nudne popołudnie






Październikowe blade
słońce kładło na ścianach delikatny ażur firanek. Mama poszła do apteki wykupić lekarstwa zaordynowane przez lekarza. Był przeziębiony. I znudzony rysowaniem, bitwami żołnierzy, nawet kraksami samochodów.  Włączył telewizor. No, tak! Kurs chemii da rolników, semestr piąty. Kiedy ta mama przyjdzie? Ukręci kogel-mogel z kakao? Uwielbiał jeść powolutku puszystą pychotkę.


Wyłączył gadające pudło z obrazkami. Rozbolało go głowa. Położył się na tapczanie w dużym pokoju i podniósł wysoko nogę, jakby stopą chciał dotknąć obrazu na ścianie. Brązowe rajtuzki zsunęły się z pięt i utworzyły obwarzanki na kolankach. 
Ech, te rajtuzki! Co prawda dla niego nie były problemem. Ale to wyśmiewanie i wstyd. Odtrącenie. 
A mama nie rozumiała nic a nic.


*


Zawsze chował się w swoim pokoju za zasłoną, gdy miał przyjść z wizytą ktoś obcy. Ale mama wyciągała go z tej kryjówki, każąc iść i przywitać się. Opornemu groziła zakazami na to, czy tamto i że nie chce mieć takiego dzikusa w domu. Ulegał. Drżący i półprzytomny ze wstydu, w tych nieszczęsnych rajtuzkach wchodził do dużego pokoju. Nienaturalnie głośne dzień dobry przerywało rozmowę dorosłych.
-  To wy macie córeczkę? – padało sakramentalne pytanie – nic nie mówiliście.
Rodzice wyjaśniali całe nieporozumienie. Zawstydzony, w granatowej, skrzącej mgle, uciekał do siebie.


*

Zgrzyt klucza w drzwiach. Mama! Nareszcie! Poderwał się gwałtownie. Rumieńce na policzkach. Wzburzone płowo-złote włosy.
-  Popatrz – dźwięczny głos mamy – kto do ciebie przyszedł.
Króciutka, niemal nic nieprzykrywająca spódniczka. Bladoróżowe rajstopki. Twarzyczka aniołka. Sąsiadka mieszkająca w sąsiedniej bramie. O rok młodsza Hania.
-  Zaproś koleżankę do swojego pokoju – powiedziała mama – pobawcie się, zaraz będzie obiad,  spójrz, jakie ma piękne rajstopki.
Zniknęła w kuchni.
Zaprosił. Hania podeszła do okna i przez chwilę uważnie spoglądała na podwórko.
- Pobawmy się w doktora – powiedziała, zbliżając się - fajnie, że jesteś w rajtkach, bo łatwiej będzie je ściądz...
- Nie bój się, nikomu nie powiem, przyrzekam – dodała szeptem do ucha - kto pierwszy ściądze? No, chodź, dziewczynko…
Granatowa ciemność nie skrzyła. Nie kłuła lodowatymi igiełkami. Była miękka. Otulająca. Ciepła.
Pierwszy raz nazwał ją To. 
I nagle To zafalowało ostrym wybrzuszeniem. 
Przez mikroskopijny otwór wpadł promień słońca.



Copyright Ewa Malarska

(photo -  pixers.pl)



niedziela, 27 kwietnia 2014

TO (3) - Szkiełko






-  Popatrz, Paziku – uśmiechała się mama – jaki jesteś śliczny! 
Z lustra patrzyła dziewczynka w sukieneczce na ramiączka, z kokardkami w jasnych włosach.
- Szkoda, że nie jesteś dziewczynką – westchnęła – moją wymarzoną córeczką.
Nagle znieruchomiała i zaczęła pospiesznie rozbierać go z mięciutkich szmatek, które lubił. Czuł się wtedy taki łagodny w środku. Lubił chwile, gdy mama przytulała do siebie. Miała ciepłe ciało. Obsypywała pocałunkami. Nie potrafił nazwać tego, co czuł. W tej bliskości było coś takiego… siostrzanego.
Zgrzyt klucza w drzwiach. Tata. W ostatniej chwili gwałtownym szarpnięciem wyciągnęła kokardki. Płowo-złota czupryna gęstą falą spłynęła na ramionka, już w kraciastej chłopięcej koszuli.

Poczuł dreszcz. COŚ owinęło go skrzącym, zimnym granatem. I zniknęło.

Był już w „średniakach”.  Wciąż rajstopki. Uczesanie na pazia. Zabawy z dziewczynkami. I pierwsza kłótnia, która przeszła w „gniewanie się”.
-  A moja babcia powiedziała – Jagódka wpatrywała się przy śniadaniu w kanapkę – że to Jezus.
-  Przecież to jakieś brednie – podniósł gwałtownie głowę – a twoja babcia jest głupia!
-  Sam jesteś głupi! – wrzasnęła i rzuciła w niego skórką od chleba.
Pociemniało mu w oczach. Znowu ten dreszcz i zimne granatowe COŚ. Złapał głęboko oddech. Zamrugał gwałtownie powiekami. I wszystko wróciło do normy. Jasna sala. Niskie stoliczki. Gwar rozmów. Ciche dni z Jagódką trwały do następnego poranka. Bez przeprosin.

Jednak poczuł się odtrącony.

Skrząca zimnem, granatowa mgła pojawiła się znowu podczas zabawy gwiazdkowej. Na podniesieniu siedział Mikołaj z białą brodą w czerwonej długiej szacie i wielką czapą na głowie. Rozdawał kolorowe paczki z prezentami. Dzieci podchodziły naprzemiennie – raz z prawej, raz z lewej strony. Cierpliwie czekał na swoją kolej. Przed nim stał Marcinek. Już miał podejść, gdy nagle Mikołaj skinął na dziewczynkę z tej drugiej kolejki. Usiadła mu na kolanach, zaczął z nią rozmawiać. Marcinek rozpłakał się żałośnie. COŚ w granatowej ciemności szepnęło – ruszaj! Płowowłosy paź rzucił się na podniesienie i gwałtownie zaczął piąstkami okładać Mikołaja, krzycząc – tak nie można, tak się nie robi!!
Ocknął się w ramionach mamy.
-  Cicho, cichutko – głaskała po policzkach, całowała włosy – moje kochanie, słoneczko moje, mój ty sprawiedliwy.

Niedziela w ZOO. Miał już pięć, może sześć lat. Przy bramie fotograf zachęcał do zrobienia zdjęcia na kucyku.  Założono mu „firmowe” rekwizyty. Kapelusz i kamizelkę. Pstryk i gotowe. Na fotografii śliczny dzieciaczek z niepewną minką.  Lakierowane sandałki. Kremowe rajstopki.
-  Jak masz na imię, dziewczynko? – uśmiechnięty zawodowo fotograf.
-  No, wie pan – oburzenie w głosie taty – przecież to chłopiec!
-  Jaki tam chłopiec – wzruszenie ramion – przecież mam oczy.
Powietrze pociemniało na chwilkę granatowym skrzeniem. Coś wbiło w ciało lodowate igiełki. I uleciało.

Zamyślony zwiedzał ZOO. Milcząc, przyglądał się zwierzętom.  W drodze powrotnej, na wysepce tramwajowego przystanku, znalazł błyszczące szkiełko.  
-  Mamunia – zapytał – jaki to kolor, szafirowy?
-  Nie, kochanie – odpowiedziała – taki kolor określany jest indygo, jak twoje oczy.
-  Mogę go zabrać do domu? – patrzył prosząco.
-  Tak, kochanie – ścisnęła mu mocniej rączkę – możesz.
W tramwaju usiadł jej na  kolanach i bawił się szkiełkiem, oglądał pod słońce. Skrzyło kolorami od ciemnego granatu przez błękit do indygo.

A ona wiedziała. 

TO przyszło do jej synka.




Copyright Ewa Malarska

(photo - alfadragons.my3gp.com)





TO (2) - Retrospekcja








To kazało jej nocą wpatrywać się w księżyc. Był ogromny i tajemniczy wśród rozmigotanych gwiazd. Przyciągał. Szeptał.
-  Malwinko, idź spać - mówiła mama - od tego wpatrywania masz granatowe oczy.
-  Granatowe?- dziwiła się - chyba indygo.
-  Dobrze, dobrze - mama otulała kołdrą - indygo, śpij już.



*



Od pierwszego, nieśmiałego ruchu - wiedziała. Dziewczynka, będzie dziewczynka! Dobrusia. Prowadziła z nią długie rozmowy. Szuflady komody zapełniała kaftanikami, śpioszkami i falbaniastymi sukieneczkami.


TO ucichło. I zniknęło...



*




Wpatrywała się w zawiniątko leżące przy niej na szpitalnej poduszce. Spał. Pogłaskała delikatnie po policzku. Tak bardzo różnił się od pozostałych, pomarszczonych, łysych noworodków. Był śliczny. Wyraziste rysy. Śniady. Gęste włosy. Zmarszczył nosek i otworzył oczy. Zastygła. Z olbrzymich granatowych oczu patrzyło To.



*







-  Jaka śliczna dziewczynka - zagadywały starsze panie na spacerach, zaglądając do wózeczka.
Uśmiechała się. Czasami ubierała go w  sukieneczki z komody, wpinała kokardki we włosy. Kupowała lalki. Był dziewczynką. Wrażliwą. I jak dziewczynka zachwycał się kolorami kwiatów. Odróżniał ich odcienie, zapamiętywał nazwy. Lubił przytulanie. Głośne czytanie bajek przed zaśnięciem.

Jej To odeszło i nie wiedziała o pełnych rozterek myślach, kłębiących się w jasnowłosej główce.




Aż do pewnego dnia...





-  Wyżej, jeszcze wyżej - krzyczał radośnie - do nieba, mamunia, huśtnij jeszcze wyżej!
-  Już dosyć tej zabawy - przytuliła go do siebie - wracamy do domu, obiad czeka.
Ufnie wsunął rączkę w jej rękę. Zamyślony dreptał, a ona dostosowywała swoje kroki do małych kroczków synka.
- Mamuniu - przystanął nagle i zapytał - powiedz, jestem dziewczynką?
Wielkie oczy indygo z napięciem czekały na odpowiedź.
-  Nie, kochanie - przykucnęła - jesteś chłopcem.
-  To dobrze - objął ją za szyję - bo już nie chcę być dziewczynką.
Zapytał raz jeszcze wieczorem przed zaśnięciem. Potwierdziła. Ze smutkiem w głosie.
Tej nocy olbrzymi księżyc zalewał zimnym blaskiem pokój. Poczuł czyjąś obecność, otulającą miękko ciszę, nakazującą wpatrywać się w nocne niebo.


*




Przedszkole. Zniknęły sukieneczki, kokardki. W ich miejsce okazjonalnie pojawiały się spodenki. Oznaka chłopięctwa.  Jednak zazwyczaj w użyciu były grubsze rajstopy zwane rajtuzami, ponoć wygodniejsze i bardziej praktyczne. Chłopcy wciąż nie chcieli się z nim bawić. Jakby instynktownie wyczuwając tę jego inność. Bolało. Za to lgnęły do niego dziewczynki! Marcowe popołudnie. Jak zwykle bawił się z Jagusią lalkami-blondynkami. Miały wydęte kapryśne usta. Bezmyślne twarze. Martwe oczy. I milczały. Justysia rysowała swoją mamę. Znudzony usiadł po turecku pod ścianą i czekał na mamę. Nareszcie na rajtuzki założy w szatni spodnie, buty, budrysówkę i na powrót będzie chłopcem.

Odgarnął z buzi obcięte na pazia, jak u dziewczynki, włosy. Zza chmur na chwilę wyjrzało słońce i w jego ostrym świetle wyraźnie zobaczył kwiatki na majtkach Ani. Prześwitywały przez cienkie rajstopy. Pociemniało. Deszcz bębnił w parapety. Dziwnie skrzypiały okna. Przyszła mama.
-  Mamunia - zapytał już w domu - dlaczego chłopcy nie chcą bawić się ze mną?
- Chodź, pójdziemy na ciastka - pieszczotliwym ruchem potargała mu włosy - zbieraj się.
Poderwał się radośnie. Zawołał tatę i całą trójką poszli do ulubionej cukierni.
Jeszcze nie teraz – myślała, patrząc, jak pałaszuje sernik - przyjdzie czas i wyjaśnię mu, dlaczego tak jest, może sam zrozumie.
Westchnęła.



Pierwszy raz zadała sobie pytanie - To jest darem, czy przekleństwem?




Copyright Ewa Malarska

(photo - www.digart.pl)