Translate

środa, 9 lipca 2014

KADRY WSPOMNIEŃ (29) - Rodzinny album








 








 ALICJA










 czerwiec, 2012
Tak sobie pomyślałam, że piszą i piszę o sobie. O mojej najbliższej rodzinie. I trochę za mało tu o mojej siostrze i braciach. Wspominałam o nich, to prawda. Najwięcej o Bogusiu i Alicji. A gdzie o Stefanie? Jedna, czy dwie małe wzmianki. A o Jerzym, to tak bardziej ogólnikowo.

No dobrze, ogarnę się i zacznę przynudzać.

Po przejściu frontu i powrocie do Puław, mama znalazła w przydrożnym rowie kilka zniszczonych zdjęć rodzinnych. Te stare, czarno-białe zdjęcia mają swój urok. Nikt już dzisiaj nie robi takich, z takimi ozdobnymi, wyciętymi w ząbki obrzeżami. Z jednego z nich uśmiecha się Alicja. Nie, śmieje się pełną gębą! A zęby!!! O, matko kochana! Nawet teraz mogłaby reklamować wybielającą pastę. Ładna, szczuplutka kobietka o ślicznej figurce i pięknych nogach, wsparta na ramieniu bruneta o przystojnej, zachmurzonej twarzy. Franciszek, przyszły mąż.

Pierworodna moich starszych od urodzenia była ładna, grzeczna, pracowita, spokojna i cicha. Poważna. Opiekowała się trzema budrysami, którzy pojawili się w bardzo krótkich odstępach czasu. Dokładnie w ciągu sześciu lat. Pomagała mamie w domu. Nigdy nie usłyszałam od niej na temat Alicji złego słowa. Same superlatywy. Młodociani rodzice – siedemnastoletnia mama i dwudziestoletni ojciec. Biedni. Jak to wyglądało? Radzili sobie, jak umieli. Pamiętam opowieść mamy o tym, jak mała zachorowała na zapalenie oskrzeli. Odkasływała flegmę. A moja mama, chcąc zapobiec połknięciu tejże flegmy, czuwała i… nie pozwalała na to, przechwytując tę wydzielinę własnymi palcami w usteczkach Alicji. Namęczyły się obydwie, o matko! Młodociana mama wyobrażała sobie, że to świństwo wraca do… oskrzeli. W dodatku Alicja była niejadkiem.. Wyrosła na delikatną, wątłą, chorowitą nastolatkę. Często zapadała na zapalenie płuc. Ale dożyła do siedemdziesięciu czterech lat.

Bardzo szybko, z powodu tej urody, zaczęli zabiegać o jej względy chłopcy. Nadaremno. Tata stał na straży. Pierwszy konkurent oświadczył się o jej rękę, gdy miała piętnaście lat. Jak to przyjął nasz  ojciec?

-  Wiesz, co – powiedział kurtuazyjnie konkurentowi – słyszałem, że są ludzie, którzy uwielbiają ugotowany świński ryj, ja nie wyobrażam sobie, jak to można jeść, ale wolałbym ten ryj zjeść na surowo, niż oddać ci moją córkę.

Baaardzo śmieszne… Nie wiem, co na to konkurent, ale nie chciałabym być na jego miejscu. Oczywiście śliczna Kasia, po wyjściu konkurenta, nie omieszkała powiedzieć Piotrusiowi, co myśli na temat jego wystąpienia. Po czym nastąpiły ciche dni.           



Franciszek nie pochodził z Puław. Zakochał się w pięknej Alicji od pierwszego wejrzenia. Taki piorun sycylijski chyba go trafił. Alicja była ostrożna. Taka była w kwestii uczuć przez całe życie. Franciszek miał fach w ręku. Był stolarzem, miał złote ręce i dwadzieścia cztery lata. Zatem o siedem lat starszy od ukochanej. Poważny, młody człowiek. Ubrany według kanonów okupacyjnej mody. No i uchodził ją sobie, obiecując, że zrobi im piękne mebelki. W przededniu ślubu Alicja pobiegła do lasu po kwiatki na bukiecik do sukienki i przystrojenie stołu weselnego. Wróciła zamyślona i smutna.
-  Co ci jest ?– zatroskała się mama.
Sama nie wiem  – westchnęła moja siostra – chyba nie chcę wychodzić za mąż.
-  Dziecko – przeraziła się teściowa in spe – jutro ślub, jedzenie przygotowane, goście zaproszeni, bój się Boga...
-  Katarzyno, co się dzieje – do akcji wkroczył mój tata – o co chodzi? 
Alicja milczała. Mama opowiedziała, w czym rzecz.
-  Córcia – tata popatrzył na latorośl – nie chcesz, nie bierz tego ślubu…
-  Piotrusiu – przeraziła się mama – co ty mówisz, na miłość boską, goście, jedzenie…
-  Przyjęcie może się odbyć – powiedział beztrosko Piotruś – ale bez ślubu.
Po południu przyszedł Franciszek. Tak długo przekonywał narzeczoną, że kocha, że będzie im dobrze, że te mebelki piękne jej zrobi, aż moja siostra zmieniła zdanie. I ślub odbył się. W trakcie wesela, jeden z gości ze strony Franciszka gwałtownie poszukiwał świeżutkiej teściowej. A ona akurat stojąc przy kuchni, mieszała w ogromnym garze bigosik.
-  To jest teściowa? – zakrzyknął gromko na widok drobnej figurki – o, Boże mój, myślałem, że siostra panny młodej…
I złapał piękną Kasię pod pachy, unosząc ją do góry. Ona chciała się wyrwać i w rezultacie wylądowała rękami w bigosie. Dobrze, że lekko podgrzanym.
Była okupacja, godzina policyjna. Goście zostali ułożeni pokotem gdzie i na czym się dało. Państwo młodzi na stole. Uświadomienie mojej siostry przez mamę było żadne. Kiedyś tam podsłuchała rozmowy, z której wynikało, że jakaś znajoma spała z chłopem i teraz będzie miała dziecko. Franciszek okazał się być gościem z klasą i nie egzekwował swoich mężowskich praw na tym weselnym stole. Ale Alicja rano popadła w głębokie zamyślenie i doszła do wniosku, że teraz będzie z nią, jak z tą znajomą, co to spała z chłopem i teraz będzie mieć dziecko.
Zamieszkali w Kazimierzu Dolnym. Po kilku dniach rodzice pojechali w odwiedziny do młodych. Franciszek zasępiony siedział sam w domu. Alicję mama znalazła w ogrodzie. Leżała skulona na kocu, zapuchnięta od płaczu.
-  Córciu, co ci jest – przeraziła się mama – uderzył cię?
- Dlaczego mi nie powiedziałaś – krzyknęła gwałtownie Ala – dlaczego? To jest wstrętne!

Państwo młodzi wyjechali do rodziny Franciszka. Na południe Polski, daleko od Puław. Chyba Nisko nazywała się ta miejscowość. W każdym bądź razie w dawnej Galicji. A`propos tej Galicji. Alicja, chcąc dopiec mężowi, przezywała go galicjakiem. On odwdzięczają się, nazywał ją kongresówką.   W przepisowym terminie przyszedł na świat Jędrek. Olbrzym ważący prawie sześć kilogramów. Urodzony w czepku. Dosłownie.
Moja biedna siostra. Wyszła za mąż bez miłości. Nie podejrzewam Franciszka, żeby nie był  delikatny. Ale wyobrażam sobie, jaki to był szok dla niej. Uraz pozostał jej na całe życie. Nie rozumiała zakochanych kobiet. Nie mogła pojąć pożądania, tej więzi łączącej tak mocno mężczyznę i kobietę. Nigdy tego nie zaznała. Nie zaznała też biedy. Franciszek był zaradnym mężem. Po wyzwoleniu młodzi, już we troje wrócili do Puław. A po pierwszych kilku latach mieszkania z naszymi rodzicami, przenieśli się do Warszawy, gdzie kolejno postawili trzy domy. Ostatni w Aninie. Ten, w którym mieszkałam i ja przez pewien czas. Sześć lat po Jędrku na świat przyszła Zuzanna.

Franciszek przez długie lata kochał swoją piękną Alicję gorąco. Obsypywał prezentami i kwiatami bez żadnych okazji. Zawsze miał bilety na każdą premierę teatralną. Na koncerty. Wyjazdy nad morze, w góry – dwa, trzy razy w roku. Moja sikoreczka, tak się do niej zwracał. Ona traktowała go okropnie. Publicznie wykpiwała. Przykro było na to patrzeć. Ale była idealną żoną. Dbała o męża, o dom, o dzieci. Perfekcyjna pani domu. I opędzała się od męża, jakby był zadżumiony. Wydzielała mu siebie na talony. Tylko do niego tak się odnosiła. Bardzo kochała całą rodzinkę. Była szczodra, opiekuńcza. Dla każdego zawsze znalazło się u niej miejsce. Jeden warunek – nie można było się sprzeciwiać. Do niej należało ostatnie słowo. I zawsze musiała miała rację. No i przyszedł taki moment, że Franciszek odszedł do innej. Po prawie trzydziestu latach małżeństwa. Alicja nie potrafiła sobie z tym poradzić. Cierpiała jej ambicja. Ale przecież go nie kochała, budził w niej fizyczny wstręt. Powinna poczuć się wolna. Zamknęła się w tej swojej nienawiści. I to było jej nieszczęściem. Wpadła w depresję, która przeszła w paranoję. Chodziła do lekarza, kupowała te wszystkie lekarstwa. I nie zażywała ich. Nie dawała i nie chciała sobie pomóc. Do pewnego momentu.

Kilka lat po rozwodzie, Alicja spotkała kogoś. Mężczyznę. Starszego od niej o dwanaście lat. Z profesorskim tytułem. Tadeusz na wiadomość o jego wieku, zdenerwował się okropnie. Aha, zapomniałam powiedzieć, że był również lekarzem Alicji i Zuzanny. Miał, jak mówił, pełny przegląd rodzinny.
-  Jasna cholera – grzmiał donośnie – jej potrzebny jest chłop, żeby ją przycisnął porządnie,  a nie dziadek! W co ona się pakuje?!
Ale moja siostra nie zważała na to, ani na słowa mamy, że za stary dla niej ten amant i wyszła za niego za mąż. Była taka radosna. Z oczu zniknął smutek. Jaśniała. Teatr, kino znów stały się dla niej zwykłą rzeczą. Profesor tokował. Po ślubie, piechotką poszliśmy do restauracji Ambasador w Alejach Ujazdowskich. Była zima. Jędrek,  w rozpiętym kożuchu, pokrzykiwał radośnie i donośnie – mam nowego tatusia!

Alicja przeprowadziła się do nowego męża. Kurcze, nie pamiętam nawet, jak on miał na imię. Zdzisław chyba. Albo Zbyszek. Nieważne. Małżeństwo z panem Zdziśkiem czy Zbyszkiem trwało jakieś cztery miesiące. Alicja czuła się tam intruzem. Nie mogła zaprowadzić własnych porządków, co jest naturalnym odruchem każdej kobiety. Nawet pudełko na guziki musiało zostać w miejsce, gdzie postawiła je zmarła żona tego Z lub Z. Pokrzykiwał na moją siostrę, wyobrażacie to sobie? Na Alicję! O czułości, nocnych rozrywkach moja siostra mogła tylko pomarzyć. A ona, kurcze, chyba zakochała się w tym Z lub Z. I została sprowadzona do roli… Franciszka. Może inna poszłaby na taki układ. Ale nie ona. I dobrze! Zadzwoniła do Zuzanny i w ciągu jednego dnia wyprowadziła się od księcia profesora Z lub Z. Rozwód był formalnością. Właściwie od tej chwili  Zuzanna przejęła nad nią opiekę. Zamieniły się rolami. Alicja wróciła do stanu sprzed Z lub Z.

Zuzanna. Wysoka, smukła blondynka o niebieskich oczach i śniadej skórze. Z rysów twarzy podobna do matki. Pełna wdzięku i uroku, przyciągającego mężczyzn. Inteligentna. Jędrek miał taką samą kolorystykę. Po dziadku Piotrze, bo ich rodzice byli szatynami o ciemnych oczach.
Zuza ukończyła psychologię. I nie umiała poradzić sobie z własnym życiem. Zakochała się w starszym od siebie o siedem lat facecie. On pozwalał się kochać. Zostali małżeństwem. Urodziła się Natalia, niecałe cztery lata potem Karolek. A potem Zuza zginęła w wypadku. Dostali właśnie - po kilku latach mieszkania z Alicją, co nie było łatwe - własne mieszkanie. Zuza wysłała męża z córeczką w góry a sama została z Karolkiem i zajęła się urządzaniem tego nowego. Poprosiła ojca o pomoc i pojechali maluchem, żeby wymienić zamki, wymierzyć dokładnie – Franciszek był złotą rączką przecież. Nie wróciła już z tej podróży. Franciszek wylądował w szpitalu. Po dwóch tygodniach odzyskał przytomność. Nowa żona powiedziała mu, co się stało. Pozrywał z siebie te wszystkie rurki, wenflony. Nie chciał żyć. Ale żył i kulejąc przychodził na grób córki.

Natomiast Alicja nie podniosła się już. Za dużo, jak na jedną drobną kobietkę. Na jedno życie. Pomagałam, jak mogłam, zaniedbując Olę i Adama. Zakupy, wizyty u lekarza, dostarczanie zwolnień lekarskich i odbiór pensji w pracy Alicji. Bardzo szybko zapomniała o tej mojej pomocy. Taki miała charakter. Niełatwy. I pamiętała tylko niedobre wydarzenia. Paranoja poczyniła spustoszenie w jej psychice. Wszystkich dookoła podejrzewała o złą wolę w stosunku do niej. Tylko Jędrek i wnuki były jej radością. Miewała ataki agresji Nawet naszej mamy to nie ominęło. Zawsze były jak dwie przyjaciółki. Kochały się ogromnie. Alicja, najbogatsza z rodziny, pomagała mamie i tacie. Wspomagała ich a to pieniędzmi, a to szyciem ubrania dla mamy i dla mnie. Ale w chwili, gdy mamie potrzebna była opieka i pomoc, Alicja nie potrafiła jej tego dać. To mama poprosiła mnie, żeby mogła zamieszkać u nas, w naszym małym mieszkanku. Nie chciała być u Alicji, która mieszkała wtedy już sama.
-  Córciu – patrzyła prosząco – zabierz mnie do siebie, nie chcę być u Alicji, ona tak krzyczy na mnie, że nie dałam jej wykształcenia, że przeze wyszła za mąż i zmarnowała sobie życie, że włosy mi wypadają i musi sprzątać i jeszcze od rana włącza na cały regulator radio.
-  Dobrze, mamusiu – uśmiechnęłam się – będziesz u mnie.
-  Powiedziała, że mnie nienawidzi – wyszeptała za chwilę ledwo dosłyszalnie i otarła łzę.
Nie mogłam odmówić jej prośbie. Nie chciałam. A nienawiść Alicji objęła również mnie. I mnie obwiniała o niechęć mamy do zamieszkania w jej mieszkaniu. Całe dnie, od przejścia na emeryturę, spędzała przy grobie Zuzanny. Zaczęła niedomagać, serce biło jej coraz wolniej. Odmówiła wszczepienia rozrusznika. Nieprzytomną znalazł przy grobie córki jakiś pan. To było w sierpniu, w czasie mojej operacji guza mózgu. Od śmierci mamy nie utrzymywała ze mną kontaktu. Tak naprawdę tylko z Jerzym była bliżej. Zawsze był jej ukochanym bratem. W tym samym czasie obydwie leżałyśmy w tej samej klinice. Ona na neurologii, ja na neurochirurgii. Rodzinka nie zdradziła mi tego faktu w obawie o moje zdrowie. Alicja, częściowo sparaliżowana, wylądowała u Jędrka. Umarła samotnie w szpitalu, w grudniu dwa tysiące pierwszego roku. W drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia.

Dogoniła swoją córeczkę. Są razem. Z mamą i tatą. Ze Stefanem. Z Weroniką. Ze wszystkimi, którzy odeszli.



 czerwiec, 2012
Ciekawa jestem, czy Katarzyna z Weroniką nadal prowadzą dyskusje na temat urody oraz innych zalet Alicji oraz moich wad:)))







Copyright Ewa Malarska

Joluga  -  RÓŻE
(www.talent.pl)






CDN

poniedziałek, 7 lipca 2014

KADRY WSPOMNIEŃ (28) - Po burzy













BYŁE ŻONY.PL
czyli
działalność charytatywna










Moja obecność na tym portalu trwała dosyć długo. Ponad dwa lata. I zaowocowała, że tak powiem górnolotnie, rozwojem twórczości. A jak do tego doszło, znaczy zalogowania się, opisałam w felietonie Zostać gwiazdą. 
Inspiracją do napisania niemal wszystkich pozostałych felietonów*) były rozmowy na czacie byłożońskim.  Ich problemy. Jakież one są młode, myślałam. Ile doznały złego ze strony „małżonków”. I jak uparcie walczyły o swoje małżeństwa. Słuchałam rozmów, czytałam posty na Forum. Dokładnie, to rozmowy też czytałam. Jak to na czacie. I tak sobie pomyślałam, że ja tę rozpacz, te huśtawki nastrojów i emocji mam już za sobą. Mogę spróbować im pomóc w wyjściu z czarnej dziury, jaką jest depresja.

No i tak zaczęłam im matkować. Nawet kilka zaadoptowałam wirtualnie :))

Tłumaczyłam, że owszem, należy a nawet trzeba walczyć o swoje, dla siebie i dzieci, ale nie zamykać się w nienawiści. Ona nas niszczy. Ciężko i z trudem przychodziło zrozumienie, ale zaczynały pojmować. Jednak, gdy zaczęłam gadać o wybaczaniu… o, matko kochana! Ileż to gromów spadło na moją biedną głowę! Że niby, co?! Zapomnieć o tych wszystkich świństwach, o zdradzie, o upokorzeniu?! Krzyczały, nie zgadzały się ze mną. Cierpliwie tłumaczyłam, że wybaczyć, to nie znaczy zapomnieć. No, nie da się. Pogodzić się z tym, co się stało. Nie szukać zemsty. Z czystego egoizmu. Bo tak łatwiej się żyje. Zamknąć ten rozdział życia. I żyć dalej. Spokojniej. W końcu jakoś dotarło to do tych zranionych przez życie kobitek.

Zaobserwowałam pewne zjawisko. Takie obolałe psioczyły na tych swoich, jak ich nazywały, qurewiczów oraz na wszystkich pozostałych chłopów, ale w momencie pojawienia się na czacie osobnika płci męskiej, zawsze kilka z nich dostawało małpiego rozumu i zaczynały zachowywać się jak ćmy lecące do światła. 
Odwieczne prawo natury. Bo czasami się chce do człowieka… Rozumiałam to. Chciały być kochane i kochać. 
Tak to jest. 
I dobrze. 
Byleby nie powtarzać starych błędów.



Wpadłam na pomysł, żeby zaproponować chętnym spotkania u mnie w domu i opowiedzenie mi ich historii. Oczywiście, indywidualnie. Kilka dziewczyn się zgodziło i tak powstała część opowiadań **).


Zrezygnowałam, że tak powiem megalomańsko, z misji niesienia pomocy na Byłych. Elegancko mówi się, że wyczerpała się moja formuła pobytu tamże.
A wszystko przez wyrażenie troski o co wieczorne picie drinków, wina i piwa w dużych ilościach przez niektóre Byłe. W odpowiedzi było najpierw głośne, nie przebierające w słowach oburzenie, które można sprowadzić do pytania - ja mogę popaść w uzależnienie?! A potem obrażone milczenie. Wręcz ostracyzm. 
Co prawda, spodziewałam się tego. Na ogół bywa tak, że w środowisko zdominowanym przez kobiety, zaczynają się tworzyć grupy. Następują ćwiczenia w podgrupach. Jak w Gwiezdnych Wojnach, ciemna i jasna strona Mocy. 
No i stało się. Czat i Forum przejęła ta ciemna strona. Byłożońska Lady Vader miała silną osobowość i dwie przypadłości. Jedną było konfabulowanie. Drugą – szukanie wroga. Nawet jak go teraz nie mam, to sama go sobie znajdę.  Kto w najbliższej okolicy może być wrogiem? Komu jeszcze można dowalić? 

A może to było biedne, niechciane dziecko, które w dorosłym życiu zostało tak bardzo zranione, że nikomu już nie ufało i od nikogo nie chciało  przyjąć pomocy?

Może tej dorosłej kobiecie, zasklepienie się we wrogości do całego świata przynosiło ulgę? Dawało fałszywe poczucie władzy i satysfakcji?

Mam nadzieję, że wrodzona inteligencja i poczucie humoru nie pozwoliły jej na zaniechanie prawdziwego życia z wszystkimi jego radościami i troskami. Szczęściem.



Portal już nie istnieje.
Przetrwały tylko nieliczne kontakty.








Copyright Ewa Malarska

Beata Raczyńska  -  ŁĄKA PO BURZY
(www.touchofart.eu) 



_______________

*) Marzec

**)Marzec - Maria, Lena, Zuzanna.
     Kwiecień - Marta, Poranek w sądzie.



CDN

piątek, 4 lipca 2014

KADRY WSPOMNIEŃ (27) - Po burzy







 







SREBRZYSTY














Nie opowiedziałam Annie wszystkiego o wycieczce do Włoch. Lata, gdy przyjaciółce mówiło się z detalami o chłopaku, dawno minęły. Poza tym, to było bardzo nasze. Moje i Srebrzystego. Ja już nie dziewczyna. On już nie chłopak. Dwoje dojrzałych ludzi.


Pamiętam, był chyba początek września. Do Galerii Mokotów przygnała mnie chęć nabycia super ciuszka w butiku. Po drodze rzucił mi się w oczy napis – Biuro Podróży. Matko kochana! Przecież, zgodnie  sugestią pani Donki, dobrze byłoby, gdybym wyjechała w październiku do miejsca odległego od Warszawy, a ja nic w tej sprawie nie zrobiłam! Wstąpiłam. Powiedziałam, że muszę pojechać na kilkudniową wycieczkę w takim terminie, żeby dwudziesty październik spędzić poza krajem. Widząc pytanie w oczach miłej, uśmiechniętej panienki, wyjaśniłam, że chcę zrobić sobie prezent urodzinowy. Dziewczyna postukała w klawiaturę komputera. 
-  Proszę pani, w tym terminie w grę wchodzi tylko wycieczka do Paryża -  miła patrzyła na mnie wyczekująco. 
Koszty niezbyt wysokie. Co prawda dojazd autokarem. Ale, co mi tam! Biorę! Następnego dnia dopełniłam formalności. I pozostało tylko czekać. Coś mi jednak szeptało, że nie pojadę. No i stało się! Na dwa tygodnie przed wyjazdem – e-mail. Z przykrością zawiadamiamy, że z powodu braku chętnych wycieczka do Paryża nie odbędzie. W zamian proponujemy do wyboru dwie wycieczki do Chorwacji lub do Włoch – Włochy Klasyczne. Na decyzję czekamy do jutra. Przepraszamy za kłopoty. O, matko kochana!! Te Włochy to dla mnie. Wenecja – Piza – Florencja – Rzym – Watykan – Monte Cassino – Pompeje – Neapol – Capri – Asyż. O czymś takim marzyłam, pojadę tam, będę, zobaczę! Jeszcze telefon do Donki. Włochy? Proszę zadzwonić wieczorem. Oczywiście zadzwoniłam. To będzie bardzo romantyczna podróż – powiedziała Donka z uśmiechem w głosie. Natychmiast podjęłam decyzję. Jadę.

-  Siadaj tu i słuchaj - powiedziała moja znajoma. Halina. Osoba stanowcza, nie miałam więc wyboru. W dodatku wróżka. Pierwszy raz rozkładała karty dla mnie. Pierwszy raz w życiu miałam stawiane karty.

-  O! Co ja widzę, no, no, skarbie – Halinka potrząsała tlenioną głową nad rozłożonymi kartami- będziesz duszą towarzystwa, mężczyźni będą cię adorować (ona ma arystokratycznych przodków, stąd ten język), poznasz urocze osoby, nawiążesz znajomości, które potrwają dłużej niż wycieczka. Ale, ale, kochana, zafascynuje się tobą pewien Włoch. To będzie w jednym z hoteli. Spojrzycie na siebie i obydwoje będziecie wiedzieć, że to jest To.
-  Kelner? – zapytałam cichutko.
-  Nie, kochanie – padło po chwili namysłu - właściciel hotelu.
-  I zobaczyłaś to w kartach? – wyrwało mi się, wciąż cichutko.
-  Nie kpij sobie - oburzenie w  głosie blond wróżki kazało mi zamilknąć - jestem tego pewna – powiedziała po chwili podnosząc głowę z nad rozłożonej talii.
Niebieskie oczy spojrzały na mnie karcąco. Jeszcze raz przyjrzała się kartom.
-  Przekonasz się, niedowiarku – pogroziła palcem - no i stawiasz duży sok.
Znowu sok. Wódki ani kawy to ona nie pije. Szkoda, byłoby przyjemniejsze to stawianie, a tak – kinderbal.
- Ależ Halusiu, to nie all inclusive – z trudem panowałam nad śmiechem -  my będziemy każdą noc spędzać w innym hotelu. I co, w każdym z tych hoteli mam rozglądać się za zafascynowanym mną Włochem? No, nie dam rady.
- A przeczytałaś dokładnie program tej swojej wycieczki? Wrócisz do domu, to zrób to – poirytowanie w jej głosie było słychać wyraźnie, bardzo wyraźnie.

Tylko dzięki Halince pojechałam w ogóle. Bo okazało się, że autobus odjeżdża o 7.30 a nie o 8.45. Skąd wzięła mi się ta 8.45, myślałam gorączkowo.  Aaa, już wiem, to wycieczka do Paryża miała ruszać o tej porze. Chwała ci Halinko, za wszystko!  Na dodatek w jednym z hoteli pod Rzymem mielimy cztery zarezerwowane noclegi. Podenerwowana godziną odjazdu – mogłam spóźnić się i nie pojechać – nie skojarzyłam tych noclegów z wróżbą Halinki.

Pobiegłam do mojej Marioli ze zdjęciem nowej fryzury. Takiej króciutkiej, asymetrycznej. Po konsultacji z bywałymi w świecie Justyną i Anną skompletowałam ciuchy. Podobałam się sobie z nową fryzurką, w dżinsach i dżinsowej kurteczce z kapturem. Na nogach płócienne saszki na niezbyt wysokim obcasiku. Kurcze, nie umiem chodzić na płaskim obcasie! Mam wrażenie, że za chwilę się przewrócę na plecy, a pupę ciągnę po ziemi. Przy moim marnym wzroście zawsze chodziłam w pantoflach na wysokim obcasie. Ale wycieczka, to wycieczka i nie ma co wygłupiać się na szczudłach. Na wszelki wypadek - może być ciepło - zapakowałam jeszcze na zmianę espadrylki na małym koturnie i parę mokasynów - może być zimno. Mokasyny miały grubą podeszwę. Też w formie klinika. Zatem nie na płaskim obcasie. No i ciuszki.  Wygodne i sportowe. Bluzy, T-shirty, rozpinana bluza polarowa z kapturem – może być chłodno. Jeszcze sztormiak – może padać -  dobrej firmy, zostawiony mi w spadku przez Yetiego. Nic w stylu „od Sasa do Lasa”. Wszystko dopasowane kolorystycznie.

W dniu wyjazdu zameldowałam się na Zachodnim spakowana, zadokumentowana i pojechaliśmy. Najpierw do Katowic, gdzie mieliśmy godzinną przerwę w podróży. Wałęsałam się po dworcu. W bufecie wypiłam herbaty i przegryzłam – jak mówi młoda – kanapkę. W niezbyt czystej toalecie umyłam ręce, odświeżyłam się i nagle stwierdziłam brak pierścionka. Nawet zbytnio nie zmartwiłam się. Dostałam go od ciotki Yetiego, starszej pani. Był to jej zaręczynowy pierścionek. Do ślubu nie doszło. Nie przyniósł szczęścia ani jej, ani mnie. Znalazł go jeden z wycieczkowiczów. Po prostu zsunął się w niewytłumaczalny sposób z palca i leżał sobie w autobusie. Na siedzeniu obok tego wycieczkowicza. Skoda, że nie wyrzuciłam go do Fontanny di Trevi. Pierścionek – nie wycieczkowicza.

Przyjechał właściwy autobus i ruszyliśmy wesołą gromadą w podróż do Włoch. Rozejrzałam się dyskretnie dookoła, rzeczywiście sympatyczni ludzie. Dostało mi się miejsce obok Irenki. Przyjechała z Gdańska. Bo okazało się, że Katowice to miejsce zlotu gwiaździstego wycieczkowiczów z całej Polski.
Za to pilotka! Nie dość, że wyglądała jak modelka, to jeszcze mądra baba, z olbrzymią wiedzą, dowcipna i kontaktowa. A opiekowała się nami, jak kwoka kurczętami. Bardzo stanowcza kwoka! I do tego – Helena. Lena. Jak moja  mama. Czułam, jak robi mi się w duszy coraz pogodniej. Po kilku godzinach podróży, tuż przed opuszczeniem naszego pięknego kraju, nastąpiła mała przerwa na zjedzenie obiadu, podczas którego zaczęliśmy zacieśniać stosunki. Z kilkoma współobiadowiczami zaczęliśmy mówić sobie po imieniu. I tak powstała idea mówienia sobie po imieniu, bez względu na wiek, podczas całej wycieczki. Wzięłam to na siebie.
-  Słuchajcie, kochani, będziemy włóczyć się po tej słonecznej Italii całe dziesięć dni, więc mówmy sobie po imieniu – powiedziałam, wstając i usiłując utrzymać równowagę w jadącym autokarze - ja jestem Wera.
Odpowiedziały aprobujące oklaski i rzucanie imion. W miłej atmosferze wjechaliśmy ciemną nocą do Austrii. A rankiem do słonecznej Italii.

Wenecja zachwyciła mnie swoją urodą. Po zwiedzeniu i zobaczeniu wszystkiego, co było do zobaczenia, po obowiązkowym zakupieniu masek dla młodej, usiedliśmy przy stolikach w porcie. Słońce oblewało blaskiem nas, stoliki i skrzyło tęczą w kieliszkach wina.
-  Wero, spójrz – zaśmiała się Jola o jasnych włosach – gołębie zostawiły ci pamiątkę  na kurtce, spotka cię szczęście.
To zaczęłam odczuwać w zalanej słońcem Toskanii. Nie deja vu. Nie. Raczej jak powrót do rodzinnego domu po bardzo długiej nieobecności. Zmęczona koszmarem mojego małżeństwa i dwuletnim piekłem wychodzenia z depresji porozwodowej, byłam u siebie. Florencja. Widok z tarasu widokowego odebrał mi mowę. Stare pałacyki. Domy na wzgórzach z czterospadowymi dachami, kremowymi ścianami oplątanymi soczystą zielenią winorośli, drewniane okiennice na prostokątach okien. Przejrzystość powietrza. Czyste barwy kwiatów. Wszystko skąpane w blasku słońca. Byłam u siebie. Tak zwyczajnie. Nareszcie.
- Kochani – powiedziała Lena trzeciego dnia – dzisiejszą noc i trzy pozostałe spędzimy w hotelu pod Rzymem. Koniec z rozpakowywaniem i pakowaniem walizek. Zostawiamy je tutaj. Cztery kolejne wieczory, po zwiedzaniu, wracamy na włoską, gorącą kolację z winem i deserem.
Zapanowała powszechna radość. Jeszcze tylko kolejka do recepcji, przydział pokoi, odebranie kluczy, prysznic, kolacja i spać. Pięćdziesiąt dwie osoby ustawiły się w karnej kolejce. I w tym momencie zaczęła sprawdzać się wróżba Hali. Zaczął się mój Harlequin. Dokładnie w rocznicę urodzin.

Za ladą recepcji stał, jak okazało się później, sam właściciel hotelu. Gęste, ciemne, całe w srebrnych pierścionkach, włosy. Głęboko osadzone oczy pod grubymi brwiami. Nos z małym garbkiem. Silnie zarysowana szczęka z ciemnym śladem zarostu. Chłopięcy, trochę dziwny u tak dojrzałego mężczyzny, uśmiech. Jakby to nie ująć i jakby to śmiesznie nie zabrzmiało – nasze oczy spotkały się i wszystko dookoła przestało istnieć. Byliśmy tylko my. I uczucie, że to ktoś bliski, dawno temu znany. Niedokończona rozmowa. Pierwsze słowo, jakie przyszło mi do głowy na jego widok. Srebrzysty.

To chyba przypadek, ale jego sweter i moja bluza miały ten sam kolor. Fioletowy.

O urodzinach przypomniałam sobie tuż przed kolacją. Zaprosiłam do stołu Lenę na wino. W tym momencie zgasło światło i z zaplecza wyszedł Srebrzysty. Niósł olbrzymi tort z palącą się świeczką. Per Wera, powiedział, a Lena nie musiała tłumaczyć. Co prawda, tort dla Wery był tylko symbolicznie. Podzielono go dla wszystkich gości. W ramach przywitalnej obiadokolacji:)

Wyszłam przed hotel na papierosa. Była noc. Niebo pełne gwiazd – przecież to Włochy!  Usłyszałam – dziwną polszczyzną – „o piekne oczi”.  Za mną stał Srebrzysty.  Zakręciło mi się w głowie. Wziął mnie za rękę, weszliśmy do holu. Usiadłam na kanapie. Przyniósł z baru dwa kieliszki. I Martini. Cin – powiedział. Zaczęliśmy rozmawiać po angielsku, włosku i po polsku. Znaczy on po włosku. O dzieciach. I rodzinie. Że ja po rozwodzie. On w separacji. Tak, jakbyśmy spotkali się po długich latach niewidzenia się.  W pewnej chwili przechylił się, przyciągnął mnie do siebie i zaczął całować. Oddawałam mu te pocałunki. Zza ściany dobiegały głosy, brzęczało szkło. To wycieczkowicze jeszcze bawili się w najlepsze. Głośniejszy wybuch śmiechu oprzytomnił mnie.
-  Nie, proszę, nie – odsunęłam się. 
-  Perche? – spytał.
Pośpiesznie zaczęłam wyrzucać z siebie słowa – angielskie, polskie – o moich zasadach, że nie znamy się, że ktoś może zobaczyć, że dyskrecja.
Zrozumiał! Jeszcze jeden gwałtowny pocałunek. I poszłam do pokoju. Na schodach odwróciłam się na chwilę. Stał tam i patrzył na mnie. Tęsknie. Smutno.

Obudziłam się w ciemności. Zerknęłam na zegarek. Piąta rano. Irenka pochrapywała. Przypomniałam sobie jej pełen nagany wzrok po moim późnym powrocie. I nagle dotarło do mnie, że jestem głupia!. Potwornie głupia! Całe życie przestrzegałam tak zwanych zasad. I jak na tym wyszłam?! Jak Zabłocki na mydle! A co mnie obchodzą ci wszyscy ludzie! – szepnęłam w ciemności -  mam gdzieś zdanie Irenki i jej surowy wzrok! Młodość minęła. Jak długo jeszcze mężczyźni będą patrzyli na mnie takim wzrokiem? Wiedziałam, co zrobić.

Ranek. Wszyscy już siedzieli w autokarze. Był w recepcji.
- Wczoraj byłam głupia, przyjdę do ciebie dzisiaj – szepnęłam mu do ucha.
I znowu zrozumiał. Oczy mu pojaśniały. I pokazał na zegarku północ.

Rzym przywitał nas ołowianym niebem. Siąpiło, padało lub lało. Przydał się sztormiak z kapturem. Płócienne saszki, przemoczone do cna, tryskały małymi fontannami wody. Przemarznięci i mokrzy rozgrzewaliśmy się w autokarze herbatką z prądem, gdy Lena, odrywając telefon od ucha – gadała z kimś po włosku – zapytała mnie, czy bardzo zmarzłam. Potwierdziłam, a ona powiedziała do telefonu – si, molto. No i w hotelu czekały na nas – pomimo kary grożącej za włączenie ogrzewania przed sezonem – gorące kaloryfery. Srebrzysty zabiegał o moje względy w uroczy sposób.

Czekał. W półmroku przylgnęliśmy łapczywie. Gwałtownie. Nie odrywając się od siebie, potykając, zamknęliśmy za sobą drzwi pokoju. Privato. Nasz azyl na kilka nocy. To było jak powrót po latach. Zdyszane oddechy. Spełnienie. Cisza. Czułość –  wszechogarniająca mnie czułość. Jego czułość. Szepty w ciemności. Cara mia. Bella. Kochany. Mój. Przylgnięcie. Splątanie. Nie ma mnie ani jego. Nie ma granicy naszych ciał. Jesteśmy my. Leniwe pocałunki, muśnięcia, przytulenie. Krótki sen. I przypływ pożądania. Tym razem lekcja odrobiona. Razem wchodzimy na tę naszą wieżę. W zgodnym rytmie ciał, oddechów, westchnień. I znowu przeogromna, zalewająca mnie fala jego czułości.  Muszę już iść, szepnęłam nad ranem. Gwałtowne - no, ogarnięcie mnie sobą, kilka słów  szeptanych do ucha i – si, amore.

Capri. Piękno w czystej postaci Milczałam  na stateczku, którym opływaliśmy ten skalisty raj. Lazurowa Grota. Koralowa Grota. Domy na skałach jak miniaturki. Milczałam tez zwiedzając uroki i ogrody tej wyspy. Chodziłam w pewnej odległości od naszej grupy i w samotności chłonęłam te wszystkie cuda.

Port nad Zatoką Neapolitańską. Woda lśniła turkusem, by przejść w szmaragd i zachmurzyć się  ciemnym granatem. Wezuwiusz. Stoliki nakryte obrusami w żółto-granatową kratkę. Słońce. Ciepły wiatr.  Przede mną talerz spaghetti z owocami morza, wino bianco. Kawa z Amaretto. Jak bardzo teraz rozumiem słowa piosenki – już teraz wiem, że dni są tylko po to, by do ciebie wracać każdą nocą złotą. Bo tam czeka mój mężczyzna. Srebrzysty. O szerokich ramionach, wąskich biodrach, płaskim brzuchu. Czeka jego namiętność i czułość. Nasza ostatnia noc. Tych kilka chwil tylko dla nas.

Rozstawaliśmy się długo. Ostatnie przytulenie. Moje oczy. Jego usta. Nasze dłonie. Jego prośba o mój telefon. Jego wizytówka. Moja wizytówka. I to, co napisałam po polsku, na chwilę przed odjazdem, na odwrocie. Ty i Capri – moje najpiękniejsze, gorące wspomnienie Włoch. 

Kierowca manewrował autokarem. Patrzyłam na Srebrzystego, stojącego przed drzwiami hotelu. Uniesienie dłoni w geście pożegnania. I spojrzenie, jak w wieczór pocałunków.

Przed nami Asyż i do domu. Pochyliłam fotel, ułożyłam się wygodnie, przymknęłam oczy. Wokół gwar rozmów. Lena zaczęła opowiadać o mieście i jego sławnym mieszkańcu.

A ja pogrążyłam się w myślach. Nieważne, czy ja i Srebrzysty spotkamy się jeszcze. Ten mężczyzna swoją czułością pozwolił uwierzyć mi w siebie. We własną wartość. Kobiecość. We wszystko, co zostało mi zabrane.




Kilka dni po powrocie do pokoju wpadł ptaszek. Fruwał sobie po mieszkaniu aż usiadł na ramie lustra w sypialni. Prosiłam, żeby sobie pofrunął na dwór, ale on przechylał łebek i ćwierkał radośnie. Otworzyłam drzwi na balkon. Po kilki minutach odfrunął. Może to myśli Srebrzystego przyfrunęły do mnie?


I stała się rzecz, o której nie pomyślałam nigdy poważnie. Napisałam opowiadanie o tej wycieczce, o mnie i Srebrzystym.


Gdyby on nie pisał tych SMS-ów, tych maili. Ale pisał. Nie dawał o sobie zapomnieć. Kocha, chciałby mnie znowu całować i kochać się ze mną, tęskni, czeka na mnie. Tłumacz Google mi to wszystko tłumaczył na polski. W końcu kupiłam sobie podręcznik z CD do nauki włoskiego.  Zebrałam się na odwagę, napisałam krótki list i poprosiłam córkę Justyny o przetłumaczenie  na włoski. Zaraz go tu wkleję, poczekajcie chwilkę.



Kochanie,

Przeżyliśmy kilka wspaniałych chwil. Nigdy o nich nie zapomnę. Tęsknię bardzo. Jeszcze nie wiem, czy to było chwilowe zauroczenie, czy mamy szansę na przyszłość. To zależy tylko od nas. Od Ciebie.

Dziękuję za zaproszenie. Wolę jednak, żebyś Ty odwiedził mnie w Warszawie. Mam nadzieję, że przez kilka dni będziemy znowu szczęśliwi.
Całuję.
Ewa
PS. Nie chcę wychodzić za mąż.

Amore,
Abbiamo vissuto insieme dei momenti splendidi. Non li dimenticherò mai. Mi manchi molto. Non so ancora se la nostra sia stata un’infatuazione temporanea o se abbiamo davanti a noi un futuro. Questo dipende soltanto da noi. Da Te.


Ti ringrazio per avermi invitata. Preferisco comunque che tu venga a trovarmi a Varsavia. Spero che per alcuni giorni potremo rivivere la nostra felicità.

Ti bacio

Eve

Ps. Il matrimonio non mi interessa



Odpisał, że nie może przyjechać, bo hotel, obowiązki itd. W listopadzie mój srebrzysty kochanek zaprosił mnie do siebie. Chce przywitać ze mną Nowy Rok. Lena przyjeżdża z wycieczką na pięć dni. No i uległam. Pojechałam.

Nasze czerwone swetry i czarne dżinsy. To na pewno był przypadek.

Znajomy Klaudii, Włoch mieszkający w Polsce i parający się tłumaczeniem, przełożył na włoski opowiadanie. Zaledwie zdążyłam wziąć prysznic, gdy stanął w drzwiach. Niepotrzebne były słowa. Znowu byliśmy tyko my. I mieliśmy po dwadzieścia lat. W środku nocy, gdy wtuleni w siebie zapadliśmy w krótką drzemkę, zapytałam żartem – amore, parli me, una gita – una donna? No – odpowiedział po chwili, po przetrawieniu mojego włoskiego – una gita  -  dieci donne. Pogroziłam mu pięścią, a on ją pocałował. Zapalił światło i przeczytał moje opowiadanie.  Usnęliśmy nad ranem….


I jak śmiesznie mówił kocham

Jeszcze pisaliśmy do siebie SMSy. Jeszcze kilka postów na skrzynkę. O tęsknocie. O spotkaniu. Ostatni mail z prośbą o moje nagie(sic!) zdjęcie. Rozpłakałam się, że ta miłość przyszła do mnie za późno. I powiedziałam o tym Oli.

-  Mamik, przestań – zagrzmiało moje dziecko – popatrz na to z innej strony. Przepraszam, że to powiem, ale pokaż mi kobitę w twoim wieku, którą facet prosi o nagie zdjęcie, którą wybrał z iluś tam bab zdecydowanie od ciebie młodszych i to blondynek. Pokaż mi, no! A ci inni? Przecież wciąż jakieś portki kręcą się wokół ciebie. I jak często babcie zaczynają pisać? Oj, mamiku, mamiku, przestań się mazać! Niejedna zamieniłaby się z tobą.

Wywołałam kiedyś śmiech tej mojej mądrali, gdy tłumaczyłam jej, a w zasadzie sobie, dlaczego ten związek nie ma przyszłości.
-  On nie przyjedzie tutaj – perorowałam - a nawet gdyby, co ja bym wtedy z nim zrobiła? I co on by tutaj robił? Ja nie pojadę tam, bo co ja tam będę robić. Nie znam języka. Inna mentalność, inna kultura. Uważasz, że jest mi wierny? Przecież oni niewierność mają zapisaną w genach i akceptowaną. Poza tym tu mam swoją fryzjerkę, kosmetyczkę, manicurzystkę, pedicurzystką. Przyjaciół. I ciebie, skarbie. I Kremóweczkę.
-  Matka, dobrze kombinujesz – znowu zagrzmiało śmiechem moje dziecko – i fajną kolejność ważnych dla ciebie osób wymieniłaś.




marzec, 2012

Powiecie, że zakręcona jestem, ale ja wierzę w znaki i stare przesądy. Gołąb w Wenecji, który zostawił mi ślad na kurtce – oznacza szczęście. Pozostawione buty oznaczają, że wróci się w to miejsce. Tylko, że ja wyrzuciłam je do kosza. 
A pierścionka ciotki nie wyrzuciłam do di Trevi.


Jedno wiem na pewno. 
On nie popsuje mi pięknych wspomnień.





Copyright Ewa Malarska

Joanna Kielichowska - POCAŁUNEK
(photo - www.touchofart.eu)


CDN

poniedziałek, 30 czerwca 2014

KADRY WSPOMNIEŃ (21) - Przed burzą













OLEŃKA 
JA
i YETI












W miarę upływu lat więzi między mną i Oleńką stawały się coraz silniejsze. Byłyśmy przyjaciółkami, z zachowaniem granicy matka – córka. Szanowałam to, że nie zwierza mi się ze wszystkiego. Rozumiałam, że więcej można powiedzieć koleżance niż matce. Ale kiedyś jej powiedziałam, że może zwierzyć mi się z każdego kłopotu, zasięgnąć mojej rady, gdy będzie dręczył ją jakiś problem. Powód? Jestem mądrzejsza od koleżanek. I kocham ją. Gdy widziałam, że nosi się jak kura z jajem z jakimś zgryzem, zapraszałam „na kanapę”. Oj, nie lubiła tego. I nie zawsze przychodziła.

Wtedy, pamiętam, siedziałam sobie na tej kanapie i robiłam sweterek na drutach. Ech, zrobiłam tych swetrów coś około setki. Za pieniądze. Jakoś musiałam ratować rodzinny budżet. A ówczesna moda nakazywała nosić duże swetrzyska. Z tych samych powodów przepisywałam na komputerze różne prace od dyplomowych po magisterskie a nawet doktoranckie. Znaczy, nie ze względu na swetrową modę, ale dla ratowania budżetu, przepisywałam:). Zapewne dlatego dzisiaj kręgosłup szyjny mam do wymiany. Lędźwiowy zresztą też. A całość trzyma się siłą woli właścicielki. Tak, więc pajtam tymi drutami sobie a tu moje dziecko już całkiem dorosłe, bo osiemnastoletnie, przynosi dwa kubki. Jeden z herbatą dla mnie, drugi z kawką dla siebie i zasiada obok. Oho, myślę sobie, coś jest grane. Odłożyłam druty. Ledwie wypiłam łyczek herbatki, a ona pyta mnie, co sądzę o zamieszkaniu z chłopakiem. U niego. Bez ślubu. Cud, że nie rozlałam tej herbatki. Z pustki w mojej głowie wypłynęło coś takiego:
-  Słoneczko moje, zrobisz jak będziesz chciała. Nie powiem TAK, ale też nie powiem NIE. Jeśli zakażę – możesz mieć żal. Bo mogło wam się udać. A ja nie pozwoliłam. Jeśli zaaprobuję, a wam nie wyjdzie, też możesz mieć żal, bo przecież jestem mądrzejsza i mogłam zakazać. To twoja decyzja. Cokolwiek zrobisz, zawsze będę stała tuż za tobą.  I wspierała. A moje zdanie? Kotku, jestem z innego pokolenia. Rozumiesz, co chcę przez to powiedzieć, prawda?

Bardzo śmieszne! Przecież to moje pokolenie dokonało rewolucji seksualnej! A jak przyszło, co, do czego – czyli mojej córki – okazało się, że zasady mam takie bardziej przedwojenne.
-  Mamiku,  pokolenie, nie pokolenie – uparcie drążyła Ola – ale powiedz, co zrobiłabyś ty?
Ależ przyparła mnie do muru! Co mam jej powiedzieć? Myśli kłębiły mi się w głowie.
-  Wiesz co, córcia – znalazłam rozwiązanie – to chyba nie jest istotne, co ja zrobiłabym na twoim miejscu. Ty, to nie ja. To twoje decyzje, twoje wybory, twoje życie.. I chociaż bardzo chciałabym zaoszczędzić ci błędów i rozczarowań, nie przeżyję życia za ciebie.  Ja i ojciec mamy do ciebie pełne zaufanie.
-  No właśnie – westchnęło ciężko moje dziecko – to wasze zaufanie to taki hamulec, kurcze blade.
Nie przeprowadziła się do tego chłopaka. Po oświadczynach Marka, około pół roku przed ślubem, stopniowo zaczęła się przeprowadzać do niego. Najpierw weekendy, potem wspólny wyjazd na urlop. Kilka dni mieszkała z nim, kilka dni z nami. Szafa stawała się uboższa w ciuszki. Jej pokój coraz częściej zostawał bez lokatorki. No i nadszedł dzień, gdy zabrała resztę ciuchów i meble. A potem był piękny ślub. W kościele w Wilanowie. Yeti poprowadził ją do ołtarza. Podniósł welon, pocałował naszą córeczkę i oddał ją Markowi. Na dobre i na złe, że tak powiem patetycznie. 
Oraz serialowo :))




grudzień, 2011

Przypomniałam sobie o tym, jak zmieniły się stosunki między nami a młodymi małżonkami na początku ich wspólnego życia. Powiem bez ogródek, były trudne. Oleńka zmieniła się. Wyczuwałam w niej jakąś obcość, wręcz wrogość chwilami. I to adresowaną do mnie. Wyłącznie. Yetiego to ominęło. A on, jak zwykle, niczego nie dostrzegał. Mój, Boże, nie byłam doskonałą matką. Starałam się, ale ideałów nie ma.. I chyba wszystkie zadajemy sobie to pytanie – czy byłam dobrą matką? Wszystkie popełniamy błędy. Może przyszła pora, żebym zapłaciła za nie. Taka rodzaj pokuty.

Młodzi zaprosili nas do siebie na małe spotkanie. W ostatniej chwili pomyślałam, że zapakuję przygotowany już obiad. Zjemy razem. Będzie miło. I pojechaliśmy. Czekał na nas pięknie nakryty stół. Ciasto, kawa, herbata. Poszłam za Olą do kuchni. 
-  Córcia – zapytałam, wystawiając garnki – przywiozłam obiad, może zjemy, co?
-  Matka – padło ostro – przyjechałaś i już robisz zadymę? 
Ścisnęło mi się serce. Schowałam garnki z jedzeniem. W drodze powrotnej, w samochodzie rozpłakałam się. Opowiedziałam Yetiemu. Nie widział powodu do płaczu.
Takich sytuacji trzymania mnie na odległość trochę się zdarzyło. Po przyjściu na świat młodej, na przykład. Obydwoje trzymali i nas i Krystynę na odległość, co najmniej przez miesiąc. Akurat to rozumieliśmy. Zarazki, choroby. Ale chcieliśmy popatrzeć, chociaż z daleka, na to kochaństwo. Na tę maliznę słodką. Mała miała już kilka miesięcy. Przyjechały do mnie któregoś dnia. Oleńka pozwoliła mi zmienić pampersa. Przecież miałam się nią opiekować, a pampersy to dla mnie nowość. Oleńka wychowała się w pieluszkach tetrowych. 
-  Moje śliczne, moje maleństwo – gadałam do wnusi  - babcia zmieni ci pieluszkę.
-  To jest MOJE dziecko – usłyszałam  -  mamo, MOJE! 
Kurcze, przecież wiedziałam o tym. I nie uzurpowałam sobie prawa do małej. Po prostu kochałam.  Ale ścisnęło mi się serce. Co się dzieje z moją córeczką?

Sądzę, że Marek miał w tym swój udział. Może to typowe dla świeżych mężów. Obrona przed teściową? Zazdrość? Chęć władzy? Yeti z początku zachowywał się podobnie. 
Stosunek Marka do mnie zmienił się na wieść o wyczynach teścia. Nie znaczy to, że pokochał mnie miłością gwałtowną i niepowtarzalną. Ale zmieniło się na lepsze. I niech tak zostanie. Amen.
Dopóki Ola jest z nim szczęśliwa, to ja też jestem szczęśliwa. Jest świetnym ojcem. Może zbyt zachłannym na tę swoją córeczkę. Co to będzie, jak wokół niej zaczną kręcić się chłopcy? I taki pryszczaty, chociaż teraz to oni mają gładkie twarze, okaże się większym autorytetem aniżeli tatuś? Biedny Marek…
 



Przegapiłam moment, gdy Oleńka powiedziała pewnego razu, że powinnam odejść. Wziąć rozwód. Była już dorosła. Miała osiemnaście lat. Już nie musiałam ciągnąć tego quasi małżeństwa. Dostałam pozwolenie. Od córki. Nie skorzystałam z niego.
Nie mogłam jej wtedy tego zrobić. Yeti był i jest dobrym ojcem Chociaż z drugiej strony, gdyby był naprawdę takim dobrym ojcem, nie ukradłby własnej córce stu tysięcy złotych, nie zdradziłby jej matki. Zdradzając mnie, zdradził i ją. Naraził na cierpienie.

 grudzień, 2011
Pamiętam, jak rozstała się ze swoją pierwszą miłością. Oglądaliśmy z Yetim coś tam w telewizorze, gdy z pokoju Oleńki dobiegł do naszych uszu rozdzierający szloch. Wbiegłam. Siedziała na tapczaniku, głowę oparła na podciągniętych kolanach, obejmowała siebie ramionami, kiwając się, jak małe dziecko. Chciałam ją przytulić, ale odtrąciła mnie, wykrzykując gwałtownie - wyjdź stąd, natychmiast wyjdź stąd!! W progu stanął Yeti, wyciągnęła do niego ręce. Zamknął ją w ciasnym uścisku. Głaskał po włosach, coś szeptał. Wyszłam na palcach.
Jeszcze dzisiaj, gdy to piszę, serce ściska mi się na myśl, jak bardzo go kochała i jak bardzo ją skrzywdził. 


Niedawno powiedziałam jej, żeby nie myślała, że poświęciłam się dla niej. Kochałam jej ojca. Wciąż czekałam z nadzieją, że się zmieni. Jak czekają tysiące kobiet. Kobiet, kochających za bardzo. I niedostrzegających, że to już nie miłość a uzależnienie.
Ale o tym i o jeszcze wielu innych sprawach  napisałam w Rozmowach z Werą. Obejmują najczarniejsze lata pomiędzy październikiem dwa tysiące siódmego a wrześniem dwa tysiące dziewiątego roku. Powstały przed Wspomnieniami.
Zapytacie, moje słonka, dlaczego tak? Dlaczego narratorem jest Anna? A bohaterka ma na imię Wera? Tak było mi łatwiej opowiedzieć to wszystko. Dużo rozmawiałam w tamtym czasie z Justyną, Anną z Tarnowa i Aliną z Puław Wyżalałam się. Płakałyśmy razem. Pocieszały mnie. Podtrzymywały na duchu. Anna jest postacią fikcyjną. Rozmowy z nią są kompilacją tamtych rozmów. I tych trzech kobiet.


Z drugiej strony… toż nie mogłam sama sobą się zachwycać :))


Więcej możecie dowiedzieć się o mnie, moje dwie najważniejsze w życiu istotki, czytając felietony, opowiadania, wiersze*). Te ostatnie nazwałam wieszołkami. Śmiesznie, prawda?





Copyright Ewa Malarska


Zbigniew Tarczewski - PRZED BURZĄ
(photo - www.touchofart.eu)
 

__________

*) emalarska.blogspot.com


czwartek, 26 czerwca 2014

KADRY WSPOMNIEŃ (20) - Zmierzch













Choroby
Samochody
Celibat

HAREM



 
Od czasu pojawienia się w naszym życiu Ewy i zdiagnozowanej nerwicy, dopadały mnie różne dolegliwości. A to żołądek mnie bolał, a to miałam bóle w klatce piersiowej połączone z drętwieniem ręki. Zawroty głowy. Nawet pogotowie w nocy do mnie raz przyjechało.
-   Proszę nie wzywać pogotowia – pani doktor srogo upomniała Yetiego – przecież to zwykła nerwica.
Zrobiła mi zastrzyk z czegoś tam i pojechali. Wylatałam się od lekarza do lekarza. I przestałam latać. Byłam zdrowa jak rybka. Bóle psychosomatyczne. I tyle. Ale to, co zaczęło się ze mną dziać ze mną rok z kawałkiem po śmierci mamy! Już myślałam, że zejdę z tego świata. Potworne bóle brzucha, który rozrósł się do rozmiarów siedmiomiesięcznej ciąży, skończyły się operacją w szpitalu, gdzie pracował Tadzio. Obowiązywała wtedy rejonizacja i musiał użyć dużej siły przekonywania, żeby przyjął mnie właśnie ten szpital. Na Żelaznej. Ginekologiczno-Położniczy. Dzisiaj pod wezwaniem, czy tam imienia Świętej Zofii chyba. Trafiłam pod dobrą opiekę. Tadeusz był wtedy po drugim zawale i skupiał się wyłącznie na przyjmowaniu porodów. Operował mnie sam ordynator. Cysty na jajnikach. Stwierdzono, że skoro mam czterdzieści jeden lat, to nie będę już rodzić dzieci i nie bawiono się w jakieś wymyślne rozwiązania, lecz usunięto cysty wraz z jajnikami. Przy okazji wywalono mi też wyrostek robaczkowy, czyli ślepą kiszkę, mówiąc wprost. Była ta ślepa, nie dość, że ślepa, to i w stanie grożącym rozlaniem się i zapaleniem otrzewnej. Bóle powodowały skręcające się cysty na jajnikach i ociemniała. Pierwszy tydzień po operacji spędziłam w gorączce 39,9. Antybiotyk i glukoza. Na zmianę. Ordynator, przed obchodem jeszcze, raniutko wpadał do pokoju i przykładał mi głowę do brzucha. Sterczały z niego jakieś sączki. Znaczy z brzucha sterczały, nie z ordynatora. Po tygodniu gorączka spadła i dostałam do zjedzenia specjalność tego oddziału. Kleik na wodzie. Breja w apetycznym, brunatnym kolorze. O, matko kochana, jakie to były pyszności!

Trzy lata później w tym samym szpitalu ponownie operacja. Przez nieuwagę zostawiono mi kawałek jajnika i ten cholernik zaczął znowu się otorbiać. Tym razem operował mnie Tadeusz.
Muszę o nim opowiedzieć. Potężny, wielki facet. Przystojny. Rubaszny. Kochający życie. Taki w rodzaju – wino, kobiety i śpiew. Do tego świetny lekarz. Trzy specjalizacje. Ginekolog, chirurg i seksuolog. A nie! Cztery. Czwarta – położnik. Pacjentki uwielbiały go. Mówiliśmy sobie po imieniu. Ba! Nawet flirtowaliśmy.

Jego obecność podczas tej drugiej operacji to była gwarancja bezpieczeństwa.
-  No, Ewka – powiedział, obejmując mnie przy wejściu na salę operacyjną – nareszcie cię przerżnę i nic nie będziesz miała do gadania.
Powiedziałam, że rubaszny? Powiedziałam. Ale wtedy spędził w szpitalu dwie doby, zamieniając się dyżurami. Doglądał swoje chore, te które operował. Był delikatny i troskliwy. I żadnej gorączki nie miałam. Zarówno ja, jak i dwie pozostałe pacjentki. W momencie jego pojawienia się w sali chorych wracał nam dobry humor i odruchowo kładłyśmy ręce na szwach na brzuchach, tak potrafił nas rozśmieszyć. W dniu wyjścia ze szpitala przyjechali Yeti i Oleńka, śliczna szesnastolatka. Z wielkim bukietem kwiatów i koniakiem.
-  Podobna do tatusia – rozpromienił się na widok naszej córeńki – ale siusia, jak mamusia.
Kilka lat później został jej lekarzem.
-  Wiesz – mówił do Oleńki, już swojej pacjentki – twoja matka jest taka zarozumiała, bo została u mnie miss gabinetu, rozumiesz?
Prowadził jej ciążę. I dyrygował zdalnie porodem. Był już na emeryturze, po operacji serca. 

To jemu zwierzyłam się, że między mną i Yetim nie ma już zbliżeń od kilku lat. Seksuolog w końcu, nie? Wypytał szczegółowo, jak to wygląda od strony Yetiego, popatrzył na mnie dziwnie i powiedział, że jego zdaniem Yeti ma kochankę. Ale umówił nas na wizytę. Yeti się zgodził i nie poszedł.

Po śmierci żony, można powiedzieć, że Tadzio poprosił mnie o rękę w swoim stylu.
-  Ewka, weź rozwód – patrzył poważnie – jesteś jedyną kobietą, z którą chciałbym się ożenić i śmiało mogę powiedzieć – dorzucił po swojemu – że platonicznie znam cię z każdej strony.
Nie skorzystałam z tej oferty. Szkoda. Pożyłabym sobie w dobrobycie. A i chłop przystojny z niego był. Dziesięć lat temu umarł. Pokonał go kolejny zawał.

Odbiegłam ciutek od wątku o nazwie Mania. Firma, w której obydwoje pracowali splajtowała. Yeti wrócił do Instytut i zarabiał znowu mizernie. Do momentu, gdy załatwiłam mu pracę w nowo powstałej spółce. Z wysoką pensją. Zaczęło nam się  dobrze powodzić. 
To była chyba połowa lat dziewięćdziesiątych.
Pierwszy samochód. Kultowa Renówka Piątka. Renault 5. Czerwony, śliczny samochodzik. Swoje lata miała, ale nie osiągnęła jeszcze pełnoletności. Związek emocjonalny. Brakowało nam troszkę do kwoty żądanej przez właściciela tego cudeńka. I wtedy Yeti pożyczył brakującą kwotę w USD. Od Mańki, z którą ponoć nie miał już kontaktu. A ja nadal nic nie kojarzyłam. Mnie też, przecież, zdarzało się pożyczać pieniądze od kolegów. Wciąż byłam przekonana, że facet i kobitka myślą podobnie. Wiedza o inności tych istot, zwanych mężczyznami przyszła do mnie niedawno. Jakieś cztery lata temu. Naiwność? A może głupota?

No, tak… Nie należy mylić dobroci z głupotą, moje dziewczynki kochane. Oleńka tę wiedzę posiadła już dawno. Nie tylko o myleniu.

I tak oto Mania na dobre zagościła w naszym życiu. Bez mojej wiedzy i zgody. Bardzo zacieśniła stosunki z Yetim z chwilą poprawy naszej sytuacji finansowej. Mówiąc wprost, przeszła na nasze utrzymanie. Nie całkowite. Częściowe. Taka zapomoga. Albo barter. Bo, jak sama mi powiedziała, nie brała pieniędzy. Tak brzmiały jej pierwsze słowa, gdy przejechałam się po niej żołnierskim słowem, po wykryciu bilingów. Biling prawdę ci powie :)
Ułożyli sobie życie przyjemnościowo. Ona nie pracowała. On zaopatrywał ją przynajmniej raz w miesiącu w produkty żywnościowe, kosmetyczne, odzieżowe. Do tego urządzanie świąt. Wspólne wyjazdy na Mazury. Weekendy. Hotele. Wizyty u ich znajomych. Za wszystko płacił Yeti. Na moje pytanie, jak przedstawiał ją kolegom na Mazurach -  a część z nich znała mnie przecież - odpowiedział, że na przykład taki Zbyszek ma też nową żonę. O, matko kochana! Rozwiódł się ze mną, tylko zapomniał mi o tym powiedzieć!





Listopad, 2011

Właściwie, to powinnam podziękować tym… paniom za zaistnienie w naszym życiu. Doskonaliłam się dzięki nim w zawodzie żony. 
Yeti mówił – Ela wspaniale gotuje, a ja już zaczynałam się wspinać na kulinarne wyżyny; Hanka ma czyściutko w mieszkaniu, a ja już szorowałam, myłam, czyściłam. Mańka jest taka delikatna, a ja… No, tu już przesadziłabym mówiąc, że też starałam się jej dorównać. Jakbym była taka mdlejąca przy każdym podniesieniu głosu przez Yetiego, to popadłabym w stan permanentnej śpiączki. A ktoś musiał myśleć i działać w tej firmie, zwanej potocznie naszym małżeństwem.

Aha, żeby była „jasność w temacie” – te trzy panie nie były jedynym, za to stałym punktem w haremie mojego męża. Do tego dochodziła drobnica - co się nawinęło i było chętne i na drzewo nie uciekało. Nawet nie to, żeby jakoś specjaline uganiał się za tymi babami, albo starał o ich względy. Nie. Miał w sobie urok ogłupiający kobiety. A do tego, kurcze, nie potrafił mówić NIE.




Jeszcze wrócę do Renówki. Chciał ją sprzedać. W planie był drugi samochód. Ile ja musiałam go przekonywać, ile awantur przejść, żeby zgodził się nie sprzedawać, tylko dać Oleńce. Sporządziliśmy akt darowizny. I włożyliśmy pod choinkę. Samochód nie mieścił się przecież. Boże mój, ta radość w jej oczach! Najpierw niedowierzanie! A potem zaduszanie w uściskach! Kochała ten czerwony samochodzik miłością pierwszą i gorącą. A rozstanie było takie trudne! Chociaż szedł w dobre ręce jej brata, a mojego bratanka, syna Bohdana.

Potem mieliśmy jeszcze Nexię. Po kilku latach trzeci samochód – Citroen Xsara. I tym szafirowym pojazdem odjechał Yeti z mojego życia. A wjechał na rowerze, kurcze…





Listopad, 2011

Taki wierszyk przyszedł mi do głowy:

przyjechał starym rowerem
a odjechał Citroenem 
(też nie pierwszej młodości)




Copyright Ewa Malarska

Photos
Jerzy Pulchny - OSTY
Jerzy Pulchny - DRZEWA PRZY MURZE
(www.obrazy-meble.pl)